Menu

Nummer 14

Groundhopping, książki i bydgoski sport oczami cruyffisty

Braterstwo z jednorękim bramkarzem

remjaskot

Rumuńska piąta liga. Boisko między polem a zrujnowaną fabryką. O tym, co tu się dzieje, pisał nawet New York Times.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Rumunia nie jest na wysoko groundhopperskich listach miejsc, które trzeba zobaczyć. O Fratii i boisku Vulcana można jednak znaleźć kilka informacji. Wiedziałem, że trudności z trafieniem mają nawet miejscowi taksówkarze. Wokół industrialne ruiny i typowe dla Rumunii watahy bezpańskich psów. Okazało się, że Google Maps nie pomogło. 20-minutowy spacer z końcowej stacji metra mocno się wydłużył i zdążyłem dopiero na przerwę.

W Rumunii, jak w wielu demoludach, masowo tworzono drużyny przyzakładowe. Dlatego w dość dziwnej okolicy powstało boisko. Fabrykę maszyn Vulcan założyli w 1906 roku Austriacy. Lata świetności to końcowe dekady reżimu Nicolae Ceaușescu. Fabryka cały czas działa, ale ogromny obszar jest zdegenerowany. 

DSC02346

Fratia (na niebiesko) oznacza braterstwo. Progresul (żółci) to postęp. Nie wiem na ile postępowi są goście, ale Fratia swoim wartościom jest wierna. Jeszcze niedawno drużynę prowadziła kobieta, która do Rumunii przyjechała z Konga. 

Tudorel Miihailescu, pierwszy z lewej, w drugiej połowie odpoczywał. Urodził się bez lewego przedramienia. Zawsze chciał grać w piłkę i to na bramce. Pozwolenie na grę w zwykłych rozgrywkach kosztowało go rok chodzenia po lekarzach. Miihailescu broni na poziomie rumuńskiej 4. ligi. 

DSC02251Klub powstał w 2001 roku. Dwa lata później fabryka sprzedała grunt koło jednej z nieużywanych hal. 

"Oferujemy szacunek i prosimy o szacunek".

W sobotę Postępowcy pokonali Braci 4:1. Wyruszyłem w drogę na kolejny mecz.
DSC02364

DSC02249

Picie Adamsa i droga Löwa do mistrzostwa świata

remjaskot

adams

Tytuł: Uzależniony
Autor: Tony Adams, Ian Ridley, tłum. Anna Wajs-Magierska
Wydawnictwo: 
SQN 2016

Pod koniec lat 90. spowiedź stopera Arsenalu była dużym wydarzeniem. Do Polski trafiła z kilkunastoletnim opóźnieniem i trochę na tym ucierpiała.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

„Uzależnionego” w oryginalnej wersji mam na półce od kilku lat. Zaglądałem do niego kilka razy, bo pojawia się w różnych zestawieniach ważnych piłkarskich pozycji, ale nigdy mnie nie wciągnął. Za dużo tu zwykłych relacji i to z meczów, które nie budzą we mnie emocji. Po polsku doczytałem do końca, ale nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że ta książka trafiła do nas za późno.

Kiedy Tony Adams, lider defensywy Arsenalu i reprezentacji Anglii, przyznał się do alkoholizmu, to było coś. Człowiek, który był od wielu lat na sportowym szczycie, opisał, jak znalazł się na dnie. Książka wyszła w 1998 roku, zebrała świetne recenzje i bardzo dobrze się sprzedała. Część wymienionych w niej zawodników znam tylko z książek, o wielu nawet nie słyszałem. Brakuje szerszego spojrzenia, ale to nie wina Adamsa. Kiedy napisał książkę, był czynnym, 32-letnim zawodnikiem. Miał przed sobą jeszcze 4 lata gry. Gorzej, że w tym roku Adams w tym roku będzie świętował 50. urodziny.

Książka jest natomiast ciekawym zapisem epoki. Poznajemy czasy, gdy rodziła się Premier League. Kiedy Adams zaczynał karierę, jego zadaniem, jak wszystkich młodych zawodników, było regularne sprzątanie szatni. Kiedy kończył z futbolem, wielu nastoletnich kolegów z szatni było już milionerami.

Adams napisał książkę razem z Ianem Ridleyem. W polskiej edycji dodano rozdział o lecie 1999 roku. Obrońca dużo pisze o swoim upodleniu. Wymienia momenty, w których alkohol zawładnął nim bez reszty. Będąc czynnym zawodnikiem na kilka tygodni trafił nawet do więzienia. Siedział w celi, gdzie za toaletę służyło wiadro. Tę część czyta się najlepiej. Nie brakuje anegdot, z kolejnych stron bije szczerość, ale jako czytelnicy to wszystko już znamy. Na przestrzeni lat książki o pozaboiskowych problemach napisało wielu piłkarzy. Opisywali walkę z alkoholem, hazardem, nawet próby samobójcze. Adams był jednym z pierwszych. Wykazał się odwagą w czasach, gdy taki ekshibicjonizm był dużo mniej popularny. Alkoholu nie pije od 20 lat.

Kibice Arsenalu polskim tłumaczeniem będą wniebowzięci, ale podejrzewam, że więcej radości da im książka, którą SQN wydało tego samego dnia, co autobiografię Tony’ego Adamsa - opowieść Johna Crossa o dwóch dekadach pracy Arsene’a Wengera.

low

Tytuł: Joachim Löw. Esteta, strateg, mistrz świata
Autor: Christoph Bausenwein, tłum. Agata Janiszewska
Wydawnictwo: 
Wydawnictwo Dolnośląskie, 2016

Jako piłkarz był przeciętny, a jako klubowy trener więcej przegrał, niż wygrał. Ale znalazł swoje miejsce. Na mundialu w 2006 roku jako asystent, a potem na sześciu kolejnych imprezach jako selekcjoner, Joachim Löw dochodził przynajmniej do półfinału.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Schönau, Południowy Schwarzwald, 40 km od Fryburga. Stąd, by robić piłkarską karierę, w świat ruszył filigranowy napastnik. Każdorazowe zderzenie z wielką piłką było bolesne. Kontuzja i zaledwie 4 mecze w VfB Stuttgart, potem 5 goli w 24 meczach w Eintrachcie Frankfurt. Löw miał dryg do piłki, ale na jej elitę był za wolny i za miękki. Po dwóch obiecujących sezonach w 2. Bundeslidze, spróbował raz jeszcze. W Karlsruher S.C. znowu klapa. Pozostał powrót do domu, a potem gra w Szwajcarii. Dla Fryburga strzelił na drugim froncie 81 goli w 252 meczach. - Moja kariera była taka sobie, a najjaśniejszy punkt stanowiły występy w reprezentacji do lat 21 - wspominał.

Przełomowy moment w życiu nadszedł kilka lat później. Na kursie trenerskim dla byłych piłkarzy, Joachim Löw wypadł fantastycznie. Trenerskie papiery robili wtedy m.in. Matthias Sammer, Andreas Köpke i co najważniejsze dla tej historii, Jürgen Klinsman.

Na głęboką wodę Löw został rzucony w wieku 36 lat. VfB ze słynnym tercetem Bobić - Bałakow - Elber miało świetny sezon. W czasie drugiego Löw długo walczył o utrzymanie posady. Pożegnalnym spotkaniem był przegrany finał Pucharu Zdobywców Pucharów, błędnie w książce nazwanym Pucharem Europy.

W skrócie, kolejnym etapem był rok w Fenerbahce (ładna gra, ale tylko trzecie miejsce) i spuszczenie przejętego w 9. kolejce Karlsruher S.C. - Czy zna się pan na piłce nożnej? - pytali Löwa dziennikarze. W ciągu 177 dni jego zespół wygrał tylko raz. Było tak źle, że nawet nie wziął odprawy. Kolejny klub to znowu wpadka - Niemiec na pół roku przejął turecką Adanę. Efekt ten sam - spadek. Dalej dobry sezon w Tirolu Innsbruck, po którym klub wyłożył się finansowo, a po rocznej przerwie kolejna austriacka przygoda, z Austrią Wiedeń. W marcu otrzymał wypowiedzenie.

Wymieniam większość zawodowych wyzwań Joachima Löwa, bo droga, którą przeszedł jeden z najwybitniejszych selekcjonerów naszych czasów, jest fascynująca. Telefon z ofertą zadzwonił po roku na bezrobociu. Po drugiej stronie był Klinsmann. - Unia späcli dokonana - pisał „Bild”. Spätzle to mączne kluski, popularne w południowych Niemczech, skąd pochodzą obaj członkowie trenerskiego duetu z lat 2004-06. Niemiecka reprezentacja zyskała świeżość, zaczęła kojarzyć się z ofensywą, poprawiły się też wyniki. Szybko rosła też pozycja Löwa, który po dwóch latach przejął stery. W książce sporo jest analiz taktycznych pomysłów selekcjonera. rezygnacja z wielkich nazwisk

Sporo w książce o wpływach szkoły szwajcarskiej na niemieckiego selekcjonera. Löw pobierał nauki w Magglingen u Ursa Siegenthalera. Christoph Bausenwein tłumaczy też, jak wykluwała się szwabska myśl trenerska. Ragnick, Klopp i Tushel nie narodzili się na piłkarskiej pustyni. Bliżej im do miana absolwentów Harvarda, a przynajmniej ludzi, którzy wychowali się wokół profesorów.

W 2000 roku, gdy niemiecki futbol, przynajmniej jak na jego historię, stoczył się na dno, zaczęto myśleć nad planem. Głęboka reforma struktur DFB i szkolenia w klubach dała Niemcom piłkarzy, którzy grają efektownie i docierają do półfinałów wszystkich imprez. Twarzą dekady sukcesów jest selekcjoner. Największym sukcesem Löwa jest czwarta gwiazdka na koszulkach reprezentacji Niemiec. Ale nie mniej imponująca jest stabilność, jaką dał kadrze. Dziś jego nazwisko jest jedną z najlepszych niemieckich marek, synonimem człowieka godnego zaufania.

Od ławki Łobanowskiego po szafę Bułhakowa

remjaskot

DSC01876

Centrum Kijowa, wejście na stadion Dynama. Na środku ulicy portret Michaiła Żyzniewskiego, który w tym miejscu stracił tu życie w czasie Euromajdanu. Z tyłu pomnik Walerego Łobanowskiego, najwybitniejszego ukraińskiego trenera.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Michaił Żyzniewski był Białorusinem. Miał 25 lat, gdy w styczniu 2014 roku, w czasie walk z siłami rządowymi, zginął od strzału w serce. Udekorowane kwiatami portrety ludzi, którzy tak jak on stracili życie na Majdanie i w jego okolicach, to stały element krajobrazu Kijowa.

Stadion Dynamo

DSC01881

Kiedy sytuacja na Ukrainie się ustabilizowała, w ramach remontów zabrano się też za Łobanowskiego. Odnowiono pomnik i cały stadion. Trener siedzi na piłce i wita kibiców, którzy przychodzą na obiekt jego imienia. 

Pressing, wymienność pozycji, skracanie pola gry w defensywie i rozszerzanie go do linii bocznych w ataku. To, co dziś jest oczywistością, Walery Łobanowski wprowadzał w latach 70. W szatni Dynama wisiały statystyki z poprzedniego meczu. Bez dostępu do zapisu wideo odnotowywano każde zagranie. Trener wyliczył, że drużyna, która myli się przy nie więcej, niż 15 proc. zagrań, jest nie do pokonania.

Mimo, że w ZSRR piłkarze mieli niewiele do powiedzenia, odnoszący sukcesy Łobanowski tak mocno przykręcał im śrubę, że z czasem się zbuntowali. Ogłosili, że człowiek nie jest w stanie tyle trenować. Z Dynamem Łobanowski wygrał dwa Puchary Zdobywców Pucharów, z ZSRR srebro EURO 1988. 

Łobanowski fascynował także fanów taktyki, co jak na przedstawiciela tej części Europy jest wyjątkowo rzadkie. Osobny rozdział w "Odwróconej piramidzie" poświęcił mu Jonathan Wilson. Sposób gry Dynama lat 80. był szokiem dla Ralfa Ragnicka. Piłkarze poruszali się jak pociągani za niewidzialne sznurki.

DSC01899

Przed stadionem stoi pomnik upamiętniający tzw. Mecz śmierci. Latem 1942 roku, gdy Kijów znajdował się pod hitlerowską okupacją, drużyna złożona głównie z zawodników Dynama i Lokomotiwu, zagrała z żołnierzami Luftwaffe. Jak powtarzała przez dekady sowiecka propaganda, wielu Ukraińców zwycięstwo przepłaciło życiem. Nakręcono kilka filmów o tym, jak mecz zdecydował o tym, że piłkarze byli aresztowani i skazywani na śmierć. Radziecka propaganda kilkakrotnie zmieniała historię "Meczu śmierci", ale dziś przyjmuje się, że represje ze strony hitlerowców nie miały związku z tym, co wydarzyło się na boisku.

DSC01923

Stadion Dynama to jedna z najlepiej położonych aren, na jakich byłem. Dziś nowe obiekty stawia się pod miastem, niedaleko autostrady. Potrzeba kilkadziesiąt hektarów wolnego terenu. Jeśli w okolicy nie ma żadnej cywilizacji, to tym lepiej. Będzie miejsce na parkingi i galerię handlową. Przykładem Allianz Arena.

Na stadion Dynama z Majdanu Nezałeżnosti, czyli Placu Niepodległości, centralnego placu stolicy Ukrainy, idzie się kwadrans. Stadion położony jest w parku, w nauralnym zagłębieniu terenu. Obiekt ma chyba najbardziej imponujących sąsiadów w piłkarskim świecie. Najbliższe budynki to Pałac Maryński, czyli siedziba prezydenta, gmach Rady Najwyższej Ukrainy i siedziba rządu. Od północnego wschodu nie postawiono żadnego budynku. Po dwustu metrach można dojść na brzeg Dniepru.

DSC01912

DSC01936

Na stadionie Dynama obejrzałem mecz 19-latków. Czernomorec Odessa wygrał 2:0. Za tablicą wyników budynek ukraińskiego rządu.

Stadion Olimpijski

DSC01849

Piłkarskie płaskorzeźby na stacji metra Olimpijśka.

DSC01852

Tuż obok portrety pamięciowe. Jest o czym myśleć podczas jazdy ruchomymi schodami. W kijowskim metrze pociągi jeżdżą wyjątkowo głęboko. Stacja Arsenalna jest najgłębiej położoną stacją metra na świecie, 105 metrów poniżej poziomu terenu.

DSC01742

Po co w latach 20. w Kijowie zbudowano duży stadion? Rzecz jasna na spartakiadę. Wcześniej w tym miejscu był stadion miejski, ale po wejściu Armii Czerwonej, nadszedł czas na Czerwony Stadion, o odpowiedniej wielkości. Na początku stadion miał patrona, Lwa Trockiego, ale szybko okazało się, że ten nie zasługuje na taki honor. W piłkę grali tu wtedy piłkarze Lokomotiwu.

Budowany w pośpiechu stadion był takim bublem, że gdy siedziba sowieckiej republiki na dobre przeniosła się z Charkowa do Kijowa, zabrano się do przebudowy. W 1936 roku teren prac miał 80 hektarów. W ramach pięciolatki postawiono stadion na 70 tys. osób z imponującą kolumnadą. Na 21 lipca 1941 roku zaplanowano mecz Dynama Kijów z reprezentacją Armii Czerwonej. Zamiast piłki były jednak bomby. Nikita Chruszczow miał na głowie większe zmartwienia, niż otwieranie stadionu swojego imienia. ZSRR został zaatakowany przez III Rzeszę.

DSC01845

Inauguracja się odbyła, ale wkrótce Niemcy zrobili swoją. Stadion nazwali Wszechukraińskim. Po wyzwoleniu został odbudowany po wojennych zniszczeniach i otwarty po raz kolejny. Dynamo zagrało z CDKA Moskwa. Wtedy był to Stadion Republikański.

W latach 60. Stadion Centralny, jak go nazwano, rozbudowano do 100 tys. miejsc. Obiekt wielokrotnie zmieniał swój wygląd. W 1996 roku stał się oficjalnie Olimpijskim. Na meczach Dynama frekwencja była tak słaba, że mecze ligowe drużyna Walerego Łobanowskiego rozgrywała na stadionie, który dziś nosi jego imię. Ostatni raz stadion przebudowano na EURO 2012. Obecnie może pomieścić 70 tys. osób. W tej części Europy większe są tylko moskiewskie Łużniki. Rozgrywano tu nawet kilka spotkań igrzysk olimpijskich w Moskwie.

DSC01801

Stadion może i ładny, ale z powodu bieżni widoczność beznadziejna. Do tego mecz trafił mi się marny. Worskła Połtawa pokonało Dynamo 2:0. Przyszło 8 tys. osób. Najgorszy na boisku był Andrij Jarmołenko. Głównie machał rękoma a po symulowaniu faulu biegł z pretensjami do sędziego.

DSC01791

Do Dynama, związku sportowego, który powstał z inicjatywy Feliksa Dzierżyńskiego, drużyna kijowskich proletariuszy weszła w 1927 roku. W ciągu kilku lat Dynamo stało się główną drużyna Ukrainy, w ramach ZSRR odpowiednikiem reprezentacji kraju. Od lat 60. zespół niemal co roku grał w europejskich pucharach. Po rozpadzie Związku, Dynamo długo było na Ukrainie hegemonem. Dziś jego największym rywalem jest Szachtar Donieck.

DSC01835

DSC01778

Klubowe muzeum na Stadionie Olimpijskim. Ścianka z ważnymi piłkarzami w historii Dynama. Trzeba podejść trochę bliżej...
DSC01777

... by trafić na tzw. polski ślad. Łukasz Teodorczyk, dziś już w Anderlechcie.
DSC01756

Widok na dach Stadionu Olimpijskiego. Tędy, przez parking i park, można przejść do siedziby Federaciji futbołu Ukrainy. W 2002 Hryhorij Surkis został wybrany przewodniczącym federacji i był zmuszony zrzeć się stanowiska prezesa Dynama. Prezesem klubu został jego brat Ihor, który pełni tę funkcję do dziś.

Dom futbolu, CSKA i Lokomotiw

DSC017461

Dom Gargamela? Blisko. Dom futbolu. Tak Ukraińcy nazwali architektoniczny koszmarek, który zbudował miejscowy związek piłki nożnej. Budynek 12 lat temu otwierali m.in. Lennart Johansson, Leonid Kuczma i Michel Platini.

DSC01751

Po drugiej stronie uliczki stoi Stadion im. Bannikowa, gdzie często grają reprezentacje młodzieżowe. Wyniósł się stąd Arsenal Kijów, który teraz jest gospodarzem meczów w Boryspolu, 40 km na wschód.

DSC01607

Lubię stadiony klubów kolejowych, bo zawsze są blisko dworca. Tej reguły nie łamie Lokomotiw Kijów. Wrażenia pozytywne, ale jeszcze ciekawszy jest położony 5 minut dalej stadion CSKA.

DSC01621
Stadion CSKA wciśnięty jest między potężny budynek ukraińskiego ministerstwa obrony i tory kolejowe. Od największej stacji na Ukrainie, Kijów-Pasażerski, dzieli nas kilkuminutowy spacer. Rozmach budowy, która mogła liczyć na wsparcie Armii Czerwonej był tak duży, że zbudowano nawet kino na świeżym powietrzu. Filmu już tu jednak nie obejrzymy, o mecz piłkarski też trudno. Cały stadion jest ruiną. Na murawie ćwiczą dzieci i oldboje. Największą atrakcją wewnątrz zniszczonej trybuny są bardzo długie, wyłożone boazerią korytarze.

DSC016291
DSC01644
DSC01957Chrzeszczatyk, kijowski deptak. Kwitnie tu hazard. Wśród atrakcji strzały na bramkę na pieniądze. 

Pozapiłkarsko

A sam Kijów? Polecam jedno przy głównym deptaku. Chmielnickiego 3 i kultowe, nie przesadzam, stoisko z perepiczkami. Parówka w cieście podobnym do racucha kosztuje 10 hrywien, czyli 1,5 zł. Do okienka potrafi podejść kilkadziesiąt osób na minutę. 10 hrywien ląduje na blacie, a w ręku klienta przygotowana już, zapakowana w woreczek gorąca parówka. Podchodzą młodzi, starzy, żołnierze i babcie.  

Poza tym zapamiętałem szerokie ulice, przechodniów spychanych do podziemnych przejść, rozklekotane marszrutki wymijające ekskluzywne limuzyny, miłych ludzi, niskie ceny i mnóstwo kościołów. Ale o tym możecie przeczytać w standardowych relacjach z Ukrainy. Takich dla normalnych ludzi, a nie takich, którzy przelecieli blisko 1000 kilometrów, by zobaczyć mecz, na który przyszło 8 tys. osób.

Do Kijowa można dostać się Wizzairem m.in. z Gdańska i Katowic. Dla członków klubu WDC (30 zł rocznie) najniższa cena, którą widziałem, to 78 zł w dwie strony.

DSC01974

Czasami ważne jest to, czego nie widać. Cokół, na którym jeszcze niedawno stał pomnik Lenina.

DSC01700

Łuk przyjaźni narodów.

DSC01703

DSC01693

Majdan.

DSC016871

DSC01728

Kijów to miasto kościołów i socrealistycznych budynków. Monaster św. Michała Archanioła o Złotych Kopułach i siedziba uczelni dla dyplomatów.

DSC01853

Salon w domu Michaiła Bułhakowa.

DSC01856

Przewodniczka otwiera drzwi i wchodzimy do gabinetu. Meble ponoć oryginalne.

DSC01857

Kijowskie mieszkanie Bułhakowa utożsamiane jest ze słynnym mieszkaniem nr 50 z "Mistrza i Małgorzaty". Stało się też inspiracją wielu jego opowiadań.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Dekada Barcelony i piłkarze w okopach

remjaskot

orlowski

Tytuł: Barça. Złota dekada
Autor: Leszek Orłowski
Wydawnictwo: 
SQN, 2016

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Ostatnia dekada jest najlepszą w historii. Choć przez pierwsze sto lat istnienia, Barça zbudowała reputację jednego z największych klubów na świecie, to ostatnie 10 lat to sukcesy bez precedensu.

Okołobarcelońskimi książkami kibic może już zapełnić całą półkę (na blogu pisałem o książce Alfredo Relaño i rozmowach z Cruyffem, biografii Pepa Guardioli, książce Sida Lowe'a, opowieściach o Louisie van Gaalu i Robercie Enke, autobiografii Luisa Suareza oraz książce o La Masii). SQN słusznie założyło, że dobrym kandydatem na autora opowieści o najnowszej historii jest zwinny w dziennikarskich opowieściach Leszek Orłowski. Wydawca ma pewność, że tego dziennikarza kibic zna.

Przygotowanie merytoryczne Orłowskiego jest jak zwykle bez zarzutu. Książkę napisał na podstawie skrupulatnych notatek, które wykorzystywał podczas transmisji. Z oceną niektórych wydarzeń, można polemizować, ale ogólna wymowa niczym nie zaskakuje.

Dość monotonny przedmiot rozprawy ożywiają ciekawe porównania. Orłowski ma dobry język, stara się co jakiś czas obudzić czytelnika. Ale przy takiej opowieści nie jest to łatwe. Ile historii z tych zawartych w książce przeciętny czytelnik pozna po raz pierwszy? Obawiam się, że niewiele. Zarzut to do autora być może niesprawiedliwy, bo trudno oczekiwać od dziennikarza i komentatora, który pracuje w Warszawie, żeby odkrył przed nami tajemnice Camp Nou i Ciutat Esportiva Joan Gamper, gdzie toczy się codzienne życie drużyny.

Książka przypomina trochę jazdę obowiązkową - Cruyff, Rijkaard, Paryż, degrengolada, pozbycie się balastu i nadejście Guardioli, które zaczyna nowy cykl. Kibice Barcelony wszystko to znają, ale powspominać miło. Drużyna wychowanków, koronacja Messiego, wojny z Mourinho, Rzym i Londyn. Potem sezony Tito i Taty, dalej Lucho wchodzący z drużyną na szczyt.

Każdy z nas narysowałby tę dekadę podobnie. Leszek Orłowski nie miał ambicji dokonania żadnego odkrycia. Ostatnią dekadę Barcelony opisuje bardzo sprawnie. Jasno opisuje barcelońskie mechanizmy - jakie były przyczyny kolejnych ruchów transferowych, jak zmieniała się taktyka, w jakich warunkach pracowali kolejni trenerzy. Orłowski zarzeka się, że książka nie jest kroniką, choć wcale nie jest do niej daleko. Nie jest to wada. W "Złotej dekadzie" wszystko jest na swoim miejscu.

finalseasonTytuł: The Final Season: The Footballers Who Fought and Died in the Great War
Autor: Nigel McCrery
Wydawnictwo: 
Random House Books, 2014

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Boiska zamienili na okopy. Brytyjscy piłkarze, którzy w 1914 roku zaciągali się do wojska, nie wiedzieli, że mają niewielkie szanse na powrót do domu. W Wielkiej Wojnie, jak ją krótko potem nazwano, zginęło wielu bohaterów angielskich stadionów.

Jeden z bohaterów książki, Walter Tull, był trzecim w historii Football League piłkarzem innego koloru skóry, niż biały. Urodził się w 1888 roku. Po śmierci obojga rodziców trafił do sierocińca. Jego brata adoptował dentysta z Glasgow. Edward Tull poszedł w jego ślady i został pierwszym czarnym stomatologiem w Wielkiej Brytanii. Walter został w Londynie i dostał szansę gry w klubie Clapton. W latach 1909-11 grał w ataku Tottenhamu. Zarabiał maksymalną stawkę dla zawodowca - 4 funty tygodniowo, czyli równowartość dzisiejszych 400. Jako syna Barbadosana, potomka niewolników, regularnie lżono go z trybun. Tull trafił do rezerw Spurs, ale wyciągnął go stamtąd Herbert Chapman. Legendarny manager Arsenalu pracował wtedy w Northampton Town. Ściągnął go do drużyny, w której ten zagrał 111 meczów. Ostatni w 1914, krótko zanim zaciągnął się do wojska.

Piłkarze byli wtedy na cenzurowanym. Gdy wybuchła wojna, a wciąż rozgrywano mecze i to na pełnych stadionach, część opinii publicznej była oburzona. Pojawiły się opinie, że król Grzegorz V powinien zrezygnować z patronowania Football Association. Sir Arthur Conan Doyle apelował w prasie, by obudzić w piłkarzach patriotycznego ducha. Jeśli ktoś jest zdolny do gry w piłkę, to może też stanąć na polu bitwy.

Walter Tull jak wielu zawodników, sam zgłosił się do tzw. Batalionu Piłkarskiego (17th (Service) Battalion, Middlesex Regiment). Po szkoleniu trafił w okopy bitwy nad Sommą, największej w I wojnie światowej. Po trzech dniach nieustannego, największego wówczas ostrzału artyleryjskiego w historii, alianci zostali zaatakowani gazem. Tull, w stanie szoku wrócił do Anglii, trafił do szpitala. Kiedy znów trafił na pierwszą linię frontu, został podporucznikiem, choć oficjalnie przepisy na to nie pozwalały. Żołnierze, których przepisy kwalifikowały jako "aliens" i "negroes", nie mogli mieć zostać oficerami.

Za zasługi na polu walki, już jako jeden z dowódców, Tull został odznaczony. Niemiecka kula dosięgła go 8 marca 1918 roku. Koledzy chcieli dotrzeć do jego ciała, próbował m.in. Tom Bilingham, w cywilu bramkarz Leicester Foose, ale okazało się to niemożliwe. - Dla swojej ojczyzny poniósł największą ofiarę - przeczytał w telegramie Edward Tull. Pomnik poświecony Walterowi Tullowi stoi dziś obok Sixfields Stadium w Northampton.

Trwająca od lipca do listopada 1916 roku bitwa nad Sommą pochłonęła życie 485 tys. brytyjskich i francuskich żołnierzy (inni autorzy podają jeszcze wyższe liczby). 72 tys. ciał nie odnaleziono. Tylko w czasie pierwszego dnia szturmu Brytyjczycy stracili blisko 60 tys. ludzi. Po stronie państw centralnych zginęło 630 tys. osób. Efekt gigantycznej ofensywy to przesunięcie linii frontu o 10 km na odcinku 25 km.

Stadion nad rzeką i ogródek im. Grenia

remjaskot

DSC08119

Tolka Park w Dublinie leży nad samym brzegiem niewielkiej rzeki. Tolka płynie tuż przy trybunie stadionu, jak na słynnym Hillsborough.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Spóźniony wpis o wypadzie do Dublina. Pierwsza część tutaj.
Stadion na zdjęciu od lat 50. kojarzony jest z Shelbourne, ale swoje domowe grały tu też Drumcondra, Dolphin, Home Farm, Dublin City, Shamrock Rovers i St James Gate F.C.. Rozgrywano tu mecze eliminacji Ligi Mistrzów, Pucharu UEFA i Pucharu Zdobywców Pucharów. Wszystko wskazuje na to, że uroczy, kameralny stadion wkrótce zniknie.

DSC08143

Niesymetrycznie postawiona zachodnia trybuna od razu rzuca się w oczy. Na Tolka Park rozegrano pierwszy mecz irlandzkiej ekstraklasy transmitowany na żywo w telewizji. Stało się to dopiero w 1996 roku.
DSC08124

Powódź z 2000 roku spowodowała duże straty. Dokładając do tego zbyt wysokie wydatki na pensje zawodników Shelbourne, doszło do dziwnej transakcji. Stadion kupił deweloper, ale klub wciąż na nim gra. Możliwe, że Shelbourne przeniesie się na stadion Bohemians. Właścicielem Dalymount Park jest miasto, które przygotowuje się do jego gruntownej przebudowy.

DSC08136

 

tolkarzeka

Stadion położony jest nad samą rzeką.

DSC08067

Aviva Stadium, Dublin. W 2007 roku zburzono stojący tu stadion Lansdowne Road. Pod trybuną znajdowały się tory kolejki podmiejskiej. Rugbyści grali w tym miejscu od 1872 roku. Aviva Stadium należy do dwóch federacji - rugby union i piłkarskiej. Na mocy umowy po 60 latach stadion w całości przejmą rugbyści.

DSC08061
- Jedna trybuna jest niższa, z innego powodu, niż brak pieniędzy - mówił przewodnik. Chodziło o nieblokowanie naturalnego światła. Tour dość standardowy, ale dla zainteresowanych tematem raczej warto. Można zajrzeć do szatni i bardzo skromnego muzeum. 

DSC08034

Koszulka Xaviego z meczu reprezentacji.

W 2020 odbędą się tutaj 4 mecze EURO. Na Aviva Stadium, jak na każdym dużym, nowym stadionie, występują też gwiazdy muzyki. Aviva Stadium nie jest największym stadionem w mieście. Z pojemnością 51,7 tys. osób (na mecze piłkarskie) znacząco ustępuje Croke Park. Na obiekcie, na którym odbywają się zawody sportów gaelickich, może zasiąść 82,3 tys. kibiców.

DSC08074

W jednym z ogródków po prawej stronie, przed meczem polskiej reprezentacji z biletami stał Kazimierz Greń. Kulminacją afery była konferencja prasowa, na której działacz PZPN pokazywał swoje spodnie.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

 

"Arsene Who?" i piłka w czasie okupacji

remjaskot

wenger

Tytuł: Arsene Wenger. Generał i jego Kanonierzy
Autor: John Cross, tłum. Bartosz Sałbut
Wydawnictwo: 
SQN, 2016

O ile łatwiejsze życie miałby Arsène Wenger, gdyby robił to, czego oczekują od niego kibice. Czy leżące na koncie pieniądze nie byłoby lepiej wydać na środkowego napastnika? We wrześniowych meczach wystarczyłoby więcej, niż zwykle, szaleńczych podskoków przy linii bocznej. Eksperci to kochają, nazywają przekazywaniem pasji zawodnikom. Francuz mógłby robić to, na co ludzie czekają, ale wtedy nie byłby sobą.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

O ile o źródła jego transferowej wstrzemięźliwości są dość dobrze rozpoznane, to powody zachowania managera na ławce zaskakują. W 2014 roku Wenger był w bardzo trudnej sytuacji. Oddech dało mu zwycięstwo w Pucharze Anglii. Ale kiedy sięgał po trofeum, starał się nie komenderować zawodnikami ze swojej strefy technicznej. - Czasami podejmuję świadomy wysiłek, by rzadziej wstawać z miejsce i podchodzić do linii bocznej. Tak to już jest, że człowiek przy linii bocznej jest cały spięty. Można w ten sposób wywrzeć negatywny wpływ na zawodników - tłumaczy Wenger. Ciekawe tym bardziej, że wielu trenerów uprawia przy linii bocznej show, które ma dodać energii zawodnikom albo chociaż przekazać widzom, że trenerowi zależy. Wenger wiele razy wściekał się na piłkarzy, ale stara się na nich nie krzyczeć. Boi się, że to mogłoby ich zablokować.

Wierność swoim zasadom to cecha Wengera, którą John Cross podkreśla co kilka stron. Dziennikarz, który pisze o Arsenalu w „Daily Mail”, książkę „Arsene Wenger: The Inside Story of Arsenal Under Wenger” wydał w zeszłym roku. Polska edycja została uaktualniona o ostatni sezon.

To droga od pytań „Arsene Who?”, gdy Wenger był odbierany jako krzyżówka francuskiego profesorka i inspektora Clouseau, do ikony Premier League. Kiedy dwie dekady temu Francuz trafił do Anglii, liga nie przypominała międzynarodowej maszynki do zarabiania pieniędzy, którą jest obecnie. Grający na zabytkowym Highbury Arsenal miał w drużynie kilku alkoholików, jedynego w lidze trenera spoza Wysp i sporo wewnętrznych problemów. Wtorkowe imprezy kończyły się w czwartek, o diecie nikt nie słyszał, a na boisku drużyna pozostawała synonimem nudnej gry. Na pierwszy trening Wenger przyjechał metrem. W dość krótkim czasie osiągnął spektakularne sukcesy. Klub przeszedł rewolucję na niemal wszystkich polach, ale Francuz postawił na odziedziczoną po poprzednikach defensywę, która przerastała wszystkie kolejne (David Seaman, Tony Adams, Steve Bould, Lee Dixon, Martin Keown i Nigel Winterburn).

Niemal jak Wenger w Arsenalu, po ciekawym początku, wpadamy na mielizny. Musimy przejść przez kolejne sezony i dylematy Wengera. Najlepiej wypada druga połowa książki. Wenger tłumaczy zasady, które doprowadziły go do tego, że jako utytułowany trener, w swoim 1000. meczu w Arsenalu przeżył koszmar pt. „0:6 z Chelsea”. Wiele osiągnął, ale na koncie ma też porażki. Często zżera go frustracja.

Nawet w chudych latach Arsenalu Wengera, wyniki były lepsze, niż w wielu klubach, które wcześniej budowały swoje stadiony. Klub zaciskał pasa, ale miało to sens. W swoim długofalowym planie, Francuz nie przewidział dwóch wydarzeń. Rzeka pieniędzy popłynęła do dwóch klubów, które w krótkim czasie przeskoczyły Arsenal finansowo i sportowo. Chelsea i Manchester City zaczęły operować kwotami, o których Wenger mógł tylko pomarzyć. Trofea znów się oddaliły. Celem Arsenalu była czołowa czwórka, czyli gra w Lidze Mistrzów. Wenger nie ukrywał, że to dla niego ważniejsze, niż wygranie Pucharu Anglii, czy Pucharu Ligi Angielskiej. Głównie chodziło o pieniądze, ale nie tylko. - Gdy chcę pozyskać najlepszych piłkarzy, to nie pytają, czy klub zdobył te puchary, ale czy gra w Lidze Mistrzów - mówi Wenger.

Portret dość kompleksowy, 400 stron dobrej roboty. Książka ciekawsza od wydanej także przez SQN autobiografii Tony'ego Adamsa. Ale o tym w kolejnym wpisie w ramach „Czytelni”.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Tytuł: Piłka nożna w okupowanym Krakowiechemicz
Autor: Stanisław Chemicz
Wydawnictwo:
Wydawnictwo Literackie, 1982

Zaplanowane na 3 września 1939 roku derby Cracovia - Wisła już się nie odbyły. Część piłkarzy była już na froncie, inni uciekali na wschód. Pierwszy mecz w warunkach okupacji rozegrano 22 października. W Bronowicach starcie Wisły z Krowodrzą oglądały ponoć 4 tys. kibiców. Wiosną 1940 roku zaczęto organizować mistrzostwa Krakowa.

Książka o warszawskich meczach w czasie okupacji tak mnie wciągnęła, że będąc w stolicy wybrałem się do Parku Żeromskiego. W piłkę grano tam nielegalnie, z narażeniem życia. Podobna książka, o piłce w Krakowie, powstała w latach 80. Autorem jest Stanisław Chemicz, piłkarska gwiazda Cracovii i trenerska Wisły Kraków. Były zawodnik wydał skróconą wersję swojej rozprawy doktorskiej.

W pierwszych meczach po kampanii wrześniowej, jak na podwórku, jedna drużyna grała w koszulkach, a druga bez. - Nawet był taki mecz między Cracovią i Wisłą, gdzie losowaliśmy, kto ma grać w koszulkach i tak się złożyło, że Wisła grała w koszulkach należących do Cracovii - wspominał Mieczysław Gracz.

Z czasem nasiliły się łapanki i represje. W drugiej połowie 1942 roku życie piłkarskie zamarło całkowicie. Po informacji o zasadzce gestapo, w sierpniu odwołano derby. Rok później władze rozgrywki znów stanęły pod znakiem zapytania, ale z innych powodów. W meczu Łagiewianka - Wisła gościom groziło pobicie. Zwołano delegatów zespołów „celem zastanowienia się, czy w tych warunkach możliwe jest kontynuowanie zawodów o mistrzostwo”. Napięcie wśród zespołów było tak duże, że ustalono, że pojawił się pomysł, by gospodarze boisk nie będą grali u siebie. W 1944 roku doszło do rozłamu. Powodem był m.in. spór o liczbę drużyn w rozgrywkach. Część klubów powołała swoje rozgrywki. - Zarząd Bocheńskiego KS w Bochni oświadcza, że nie przystępuje do jakiegokolwiek nowego tworu mającego na celu siać ferment i niezgodę (...), a zorganizowanego przez osobników chytrych i niepoczytalnych - brzmiało jedno z oświadczeń.

Niesamowitą historię ze swojego życia opowiada Władysław Giergiel. Latem 1943 roku piłki w Krakowie było niewiele i wiślacy planowali kolejny mecz w Warszawie. - Coś mi mówiło, żeby nie jechać - opowiadał Giergiel. O 3 nad ranem pociąg wypełniony niemieckimi żołnierzami ostrzelali partyzanci. - Kula, która mnie ugodziła, trafiła najpierw w szynę tworzącą obramienie drzwi i odbiła się rykoszetem już spłaszczona, a więc powodując rany szczególnie rozległe. Najpierw przebiła mięsień lewej nogi, a potem w prawej nodze strzaskała mi kość w aż dziewięciu miejscach.

Władysław Giergiel wrócił do piłki. Po wojnie zaliczył nawet występ w reprezentacji. Został trenerem, prowadził kilkanaście zespołów. Zmarł w 1991 roku.

Cracovia i pluszowy apartheid

remjaskot

cracovia_skrzydelka

Tytuł: Cracovia znaczy Kraków
Autor: Tomasz Gawędzki
Wydawnictwo: 
SQN, 2016

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Z Parku Jordana, przez Błonia, do obecnego stadionu przy Kałuży. W książce o historii Cracovii mkniemy przez 110 lat polskiej piłki.

W 1910 roku, żeby dotrzeć z Krakowa do Warszawy, niezbędny był paszport. Nie dostał go Richard Singer, który razem z Cracovią miał pojechać na mecze z Varsovią i Koroną. Ominęła go nie tylko walka na boisku, ale także szczegółowa kontrola na granicy rosyjsko-austriackiej. Żandarmeria chciała skonfiskować biało-czerwone koszulki jako „nielegalne polskie flagi”. Co gorsza, w torbach znaleziono „wywrotowe książki” - przepisy do gry w piłkę nożną wydrukowane w Krakowie przez Anglika. Pomogły wyjaśnienia, że książki to prezent dla Warszawskiego Koła Sportowego. Na boisku prezentów już nie było. Cracovia pokonała Koronę Warszawa 10:0.

W książce Tomasza Gawędzkiego najbardziej spodobały mi się cytaty z prasy. W 1922 roku, gdy Cracovia rozbiła na wyjeździe Ruch 7:0 a na stadion przyszło 800 osób, „Przegląd Sportowy” miał dla klubu ze Śląska kilka porad.

„Publiczność w obu dniach znikoma (najwyżej 800 osób). Niemcy na mecze polskich drużyn nie chodzą, polscy zaś robotnicy wolą spędzać niedziele na piciu i tańcach (...). Na zakończenie przyjacielska rada dla braci sportowców z Górnego Śląska. Jeśli chcą, aby goście od nich odjeżdżali zupełnie zadowoleni z przyjęcia, to powinni: 1) wystarać się o lepszy nocleg, niż na siennika w szkole, zajętej przez wojsko (...) 2) zaprowadzić ich na boisko, by nie byli zmuszeni prawie godzinę błądzić po mieście (...) 3) rozegrać mecz w takim czasie, by goście mogli odjechać ostatnim wieczornym pociągiem”.

Fascynujące są m.in. fragmenty o meczach w czasie okupacji, podróżach na mecze saniami i noworocznych treningach, tradycji przecież wyjątkowej. 1 stycznia 1930 po sylwestrowej zabawie na mecz nie dojechał zespół z Załęża. W Nowy Rok Cracovia wewnętrzne mecze gra do dziś.

Materiałów na świetne historie jest tutaj mnóstwo. Józef Piłsudski na meczu, remis na Les Corts w Barcelonie, czy relacja z meczu reprezentacji, gdzie na 13 powołanych zawodników, 7 grało w Cracovii. Ale jak opowiedzieć 110 lat na 440 stronach? Ciężko, jeśli chce się opisać każdy sezon, w którym klub nie był na peryferiach.

Książka Gawędzkiego nie jest wielką opowieścią o najstarszym polskim klubie. To bardziej opis przedwojennych meczów, relacja z kolejnych sezonów. Rzetelna robota. Największy problem to brak bohaterów. To oni powinni prowadzić nas przez kolejne okresy w historii klubu. Choć wielkich postaci w historii nie brakuje, to autor postawił na systematyczne opisywanie kolejnych rozgrywek. Wiele fragmentów to mielizny, w których za dużo wyników, a za mało żywych postaci. A kto nie chciałby przeczytać o piłkarzach, którzy wygrali mecz 2,5:1?

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.aborygeni

Tytuł: Aborygeni i konsumenci. O kibicowskiej wspólnocie, komercjalizacji futbolu i stadionowym apartheidzie
Autor: Dominik Antonowicz, Radosław Kossakowski, Tomasz Szlendal
Wydawnictwo: Wydawnictwo Instytutu Filozofii i Socjologii Polskiej Akademii Nauk, 2015

Pluszowy apartheid w czasach supermarketyzacji futbolu. To brzmi poważnie. Odczucia kibiców, które lądują na twitterze jako #AgainstModernFootball, filozofowie z PAN usystematyzowali i wydali jako pozycję naukową.

O tym, że sprawa jest poważna, mówi choćby 20-stronicowa bibliografia. Wydawcą książki jest Instytut Filozofii i Socjologii Polskiej Akademii Nauk a pieniądze dołożył Uniwersytet Mikołaja Kopernika. Tytuł wprowadzenia mówi o kibicach industrialnych, czyli starego typu, w turbokapitalizmie. Ci kibice, przeciwnicy supermarketyzacji piłki nożnej, to często tytułowi „aborygeni”, ulokowani na peryferiach piłki nożnej. Dzicy, niepotrafiący dostosować się do rzeczywistości.

Autorzy, za Immanuelem Wallersteien, dzielą piłkarski świat na futbolowe centrum, peryferia i półperyferia. Te ostatnie, wielkie kluby kolonizują, np. dzięki letnim tournee. Jako przykład wymienieni są polscy kibice Barcelony, którzy w 2013 roku wspierali swój klub w towarzyskim meczu z Lechią. Byłem, widziałem, choć to był tylko sparing, sam z zadowoleniem oglądałem zrywy Neymara, a nie Piotra Grzelczaka, choć ten drugi strzelił ładniejszego gola. Autorzy są dość radykalni. Efekty raportu Taylora nazywają „tyranią bezpieczeństwa”, krytykują wysokie kary za odpalanie rac na polskich stadionach. Sporo tu ciekawych, choć znanych przykładów, choćby klubu Red Bull Salzburg. Z oceną wydarzeń krajowych można polemizować. Zdaniem autorów „straszenie kibolstwem” było elementem strategii wyborczej w 2011 roku i miał służyć „stygmatyzacji zwolenników PiS”.

Interesujący jest m.in. wątek o nowych obiektach, na których grają piłkarze. Sam staram się jeździć na stadiony z historią. Na nowych nie ma w nich ducha, ale przynoszą konkretne pieniądze. Pierwszym stadionem czwartej generacji była Amsterdam Arena - obiekt wygodny, również na koncert, ze skyboxami i sklepami. Na stadionie piątej generacji, boisko jest już tylko dodatkiem. Stadiony-miasta to w większości centra rozrywki - kina, centra handlowe, hotele. Miejsca, gdzie wszystkie potrzeby konsumenckie mogą zostać zaspokojone. Wśród nich koncert Madonny lub obejrzenie meczu, w zależności, od tego, co jest w ten weekend w programie.

Komercjalizacja, która zżera istotę futbolu, postępuje z każdym rokiem. W niektórych krajach utowarowienie kibica sprawiło, że fani nowego typu, śpiewów nie lubią. Krzyki oddalają nowego kibica od poczucia bezpieczeństwa, wzoru zachowań, które zna z centrum handlowego. Słusznie piętnowana jest w książce niechęć UEFA do miejsc stojących nazywają nieracjonalną. Działają doskonale w Bundeslidze, nie powodując żadnego wzrostu agresji.

W Polsce, kibice hardcore'owi zapewniają wrażenia, za które ci „normalni” są w stanie zapłacić. Akurat do tej tezy nie ma żadnych przypisów. Szkoda, bo jestem ciekaw, ile osób faktycznie woli zapłacić więcej za zorganizowany doping na przeciwległej trybunie.

Czas odłożyć sztangę w Zawiszy

remjaskot

17562834528_6e051b1ef1_k
Fot. public domain

Kurz powoli opada. Mętnych tłumaczeń braci Zielińskich nie transmituje już TVN24 a memy z ich zdjęciem i podpisem "Chemical Brothers" coraz rzadziej pojawiają się na Facebooku. Ale ich wstyd pozostaje też naszym, bydgoskim wstydem. Czas teraz pożegnać się w ogóle z ciężarami w Zawiszy.

- Czasem wstaję z łóżka i nie mogę się wyprostować, bo kręgosłup napierdziela. Nie tak dawno, robiłem przysiady ze sztangą, wisiało na niej 200 kg, no i poczułem, jak prąd mi idzie po kręgosłupie, nogi się uginają. Organizm mam tak wyeksploatowany, że czarno widzę przyszłość - opowiadał Marcin Dołęga. Środki przeciwbólowe, przeciwzapalne i blokady nie pomagają. Ludzkie stawy nie są przystosowane do przerzucania 20 ton żelastwa dziennie. Zrujnowane kolana i łokcie trzeba ratować komórkami macierzystymi. Ale to za mało. Trzeba brać.

Koniec z ciężarami

Dołęga został za doping zdyskwalifikowany kilka miesięcy temu. Bracia Adrian i Tomasz Zielińscy razem z trenerem, Jerzym Śliwińskim, zostali wyrzuceni z wioski olimpijskiej w Rio. Wojsko już złożyło im propozycję nie do odrzucenia. Zielińscy nie będą już żołnierzami. Wojsko wycofuje się też z podnoszenia ciężarów w Zawiszy. Ale to za mało.

Z tej sekcji CWZS powinien po prostu zrezygnować.

Oprócz Zielińskich w ostatnich latach na pomoście oszukiwali także inni zawiszanie - Małgorzata Wiejak i Marcin Dołęga. Wybrali drogę na skróty, bo jest to wpisane w samą dyscyplinę. Mniej widzę w tym winy samych zawodników. Rozmowy z Marcinem Dołęgą i braćmi Zielińskimi wspominam z uśmiechem. Sympatyczni, inteligentni ludzie z bardzo trudnym startem na wielkie areny. - W takiej małej miejscowości to można zostać naukowcem albo sportowcem. Albo nikim. A naukowcem to jest ciężko zostać - mówił mi Adrian Zieliński. W Tarpanie Mrocza dźwigało się w budynku GS-u. Do czasu aż się zawalił, bo ciężka sztanga przebiła podłogę i wpadła do piwnicy. Później ciężarowcy ćwiczyli w budynku hydroforni. Zimą w rękawiczkach i czapkach, nie było nawet wody. Jak się chwyciło sztangę, to przyklejała się do rąk, taki był mróz.

Wysiłek sztangistów jest nadludzki. Żyją z permanentnym bólem. Zostawiają na pomoście zdrowie, bo prą na sportowy szczyt. Jest nim olimpijski medal. Daje sławę a dzięki emeryturze, socjalne bezpieczeństwo do końca życia. Każdy myśli - wezmę, bo bez tego nie wygram. I pewnie mają rację. To prawda, że w ostatnich dekadach seriami wpadali lekkoatleci i kolarze, ale ciąg skandali w ciężarach nie ma precedensu. Na igrzyska w Rio de Janeiro nie przyjechali wykluczeni ciężarowcy z Rosji, Białorusi, Azerbejdżanu i Bułgarii. W zorganizowany sposób brali Kazachowie, w tym ich trzy mistrzynie olimpijskie. Na liście WADA są nawet Niemcy. W zeszłym roku przyłapano na dopingu 70 sztangistów i sztangistek. Wielu z nich to medaliści najpoważniejszych międzynarodowych imprez. Jest też niemałe grono Polaków.

Zepsute do szpiku kości

Podnoszenie jak największego ciężaru wydaje się być niemal równie naturalnym sportem, jak bieg. Sprawdzeniem, kto jest najsilniejszy. Dlatego ciężary, w różnej formie, są w programie nowożytnych igrzysk od samego początku. Ale przyszłość to niewiadoma, bo od kilku dekad dyscyplina jest zepsuta do szpiku kości. Przypadek braci z Mroczy prawdopodobnie doprowadzi do jej zabicia w kraju. Ministerstwo Sportu już ogłosiło, że przynajmniej obetnie dotacje dla związku. Możliwe, że całkowicie zabierze ciężarowcom państwowe pieniądze. O prywatnych nie mają co marzyć. W państwach szeroko pojętego Zachodu ciężarów raczej się nie dźwiga. Ważne zawody wygrywają zawodnicy krajów byłego ZSRR (o ile nie są zdyskwalifikowani), Iranu, Chin czy Korei Północnej. Innym szkoda zdrowia.

O tym, że polska sztanga jest chora, wiadomo od dawna. Wyniki ciężarowców Zawiszy interesują garstkę osób. Ilu z was kliknie w link o wynikach ligi podnoszenia ciężarów? Ilu w ogóle wie o jej istnieniu? Bydgoska sekcja nie wychowuje rzeszy młodych ludzi zafascynowanych sportem. Istnieje po to, by wąska grupa zawodników spoza Bydgoszczy, często skuszona wojskowymi etatami, zdobywała trofea. Po to były transfery Dołęgi i Zielińskich. Cała idea legła w gruzach. Czas przestać patrzeć na punkty w tabelach wojskowych zawodów i historyczne tabele medalistów i dać sobie spokój ze zdegenerowaną dyscypliną. CWZS powinien podjąć decyzję o zamknięciu sekcji. Ciężary już są na sportowym marginesie. A niewykluczone, że umrą całkowicie.

Ale Polacy dalej będą odnosić sukcesy. I to w sposób, który całą sytuację pokazuje jak soczewce. Szymon Kołecki, ustępujący prezes Polskiego Związku Podnoszenia Ciężarów, wkrótce zostanie oficjalnie ogłoszony mistrzem olimpijskim. Okazało się, że w Pekinie, gdy odbierał srebrny medal, Kazach Ilja Iljin był na koksie. Ale na Kołeckiego też pada dopingowy cień. Ukraiński lekarz Walentin Czernopiatow twierdzi, że w 2002 roku kupił dla niego w Odessie 13 opakowań retabolilu, sterydu anabolicznego, środka zabronionego. Kołecki zaprzecza. Złapany został raz, w wieku 16 lat.

Szanse na wymarzony olimpijski medal wciąż ma Marcin Dołęga. Nie jest wykluczone, że medal zostanie odebrany jednemu z medalistów z Pekinu, gdzie Dołęga był czwarty. Ewentualny krążek odbierze jako zawodnik dwukrotnie zdyskwalifikowany, bez prawa do występów na zawodach.

O tym, że Zawisza ma z tematem dopingowiczów problem, świadczy plebiscyt z okazji 70-lecia klubu. Wśród kandydatów klub wpisał dopingowiczów: Dołęgę i Sławomira Zawadę. Ten drugi nie tylko doping brał, co skończyło się dyskwalifikacją. Po zakończeniu kariery, wśród wielu zarzucanych mu przestępstw, prokuratura wymieniła przemyt i handel sterydami.

Zobaczyłem gola Tsubasy

remjaskot

DSC014331

- Nieźle dziś kręci ten Japoniec - dało się usłyszeć przed drugą połową meczu Stomilu. Tsubasa zakręcił tak, że na przerwę zszedł z jedną bramką, a powinien z dwiema. Trafiłby, gdyby miał wsparcie braci Tachibana.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

DSC01430

Gdyby ktoś chciał zobaczyć mecz na zapleczu ekstraklasy na stadionie z poprzedniej epoki, to stolica Warmii i Mazur to słuszny kierunek. W Olsztynie o nowym obiekcie słychać od dawna, ale na razie przyjezdni mają okazję podziwiać wyjątkowe korytarze. O ile na co dzień trudno się nimi cieszyć, to groundhopperom muszą się podobać.

DSC01423

Tak, to ten sam widok.
DSC01462

Dawne zakłady Stomilu, widoczne za trybuną, to od 1995 roku Michelin.

OKS Olsztyn, największy klub w regionie, powstał latem 1945 roku. Kiedy został objęty patronatem przez Olsztyńskie Zakłady Opon Samochodowych, mocno poszedł w górę. Jak zwykle, najciekawsze jest to, co działo się wcześniej. A przed wojną, w Olsztynie, w piłkę grali rzecz jasna Niemcy. Cytat o historii:

"W czasach cesarskich Niemiec najważniejszym klubem piłkarskim był SV Allenstein, który był klubem wielosekcyjnym, była nawet sekcja hokeja na lodzie. Po I wojnie światowej życie sportowe wcale nie zamarło, mimo iż dzięki postanowieniom Traktatu Wersalskiego znacznie ograniczono liczebność wojska w Olsztynie. W okresie między wojennym palmę piłkarskiego pierwszeństwa przejął założony w 1921 r. klub Hindenburg Olsztyn. Drugim znaczącym klubem była założona w 1916 r. Viktoria Allenstein."

O przedwojennej piłce w Olsztynie można przeczytać tutaj
DSC01427
DSC01457

Wróćmy, do inauguracji I ligi, czyli meczu Stomil - Chrobry Głogów. Imię Tsubasa, które nosi bohater mangi "Kapitan Jastrząb", oznacza skrzydło. W Japonii noszą je zarówno kobiety i mężczyźni. Piłkarzy o tym imieniu jest kilku. Tsubasa Yokotake gra w J1 League, czyli japońskiej ekstraklasie, a Tsubasa Oya poziom niżej. Tsubasa Ozora został rzecz jasna gwiazdą Barcelony, w serialu znanej jako FC Catalunya. 
DSC014741

Tsubasa Nishi, pomocnik Stomilu, grał już w Polsce w Lechii i Widzewie. Strzelił pierwszego gola, powinien też drugiego. Stomil dostał owację w przerwie i na koniec meczu, po wygranej 3:0. Piłkarze świętowali zerowy dorobek w lidze, bo klub sezon zaczął sezon z trzema ujemnymi punktami za niespełnienie wymogów licencyjnych.
DSC01440
DSC01500

 

Atmosfera bez zarzutu. Krzyki, brawa, żadnych bluzgów. Do tego konkursy w przerwie, a na każdym krzesełku ulotka Socios Stomil. Stowarzyszenie kibiców szyje właśnie nową klubową maskotkę.

DSC01511

Rafał Kujawa, który strzelił gola po kilkudziesięciometrowym rajdzie, świętował zdejmując koszulkę. Sędzia nie miał wyboru.
DSC01425

DSC01515

DSC01441A sam Olsztyn? W drodze na mecz można zobaczyć halę Urania. 

DSC01520

Ławeczka niemieckojęzycznego kanonika, lekarza i prawnika. Autor słynnego przewrotu.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Oh my Bydgoszcz

remjaskot

DSC01383O moich sportowych podróżach czytaj w tej kategorii.

Przez tydzień Bydgoszcz była stolicą światowej lekkoatletyki. Na mistrzostwa świata do lat 20 nad Brdę przyjechali sportowcy z blisko 160 krajów. Anguilla, Samoa, Wyspy Cooka, Mariany Północne? Wszyscy obecni. Jeszcze nigdy Bydgoszcz nie miała takiej promocji na Twitterze i Facebooku.

W czasie mistrzostw miałem okazję porozmawiać m.in. z Ato Boldonem oraz Sebastianem Coe. Brytyjczyk, legenda lat 80., dziś prezydent IAAF opowiadał m.in. o popularności lekkoatletyki.  - Kiedy golfista amator chce trafić do dołka, wyobraża sobie, że jest Tigerem Woodsem. Kiedy idzie pobiegać, nie myśli o tym, że robi to, co Haile Gebrelassie albo Mo Farah. Musimy wykreować ten związek - mówił. A co usłyszałem od młodych sportowców i dziennikarzy?

Australijczykom, którzy spędzili w Bydgoszczy miesiąc, a przed przyjazdem do Bydgoszczy, aklimatyzowali się w Spale, podobało się wszędzie tam, gdzie woda. - Za nami sporo godzin jazdy po Polsce w autobusach. Ale dzięki temu dużo widzieliśmy. Bydgoszcz to niewielkie, miłe miasto. Wszystko co, jest nad wodą, wygląda świetnie - mówi Isaac Hockey, jeden z kapitanów reprezentacji Australii. 

- Stadion i warunki są bez zarzutu - chwalił kierownik reprezentacji Australii, Jennifer Chan. Nie wszystkim się tak trafiło. Na warunki narzekają Hiszpanie. Mieli spać w hotelu Campanile, ale ostatecznie nocują w akademikach Collegium Medicum. - Stary budynek, ciasno, nieprzyjemnie, mikroskopijne łazienki. Trzeci świat - narzekali na twitterze. Z akademika Hiszpanie trafili potem do trzygwiazdkowego hotelu.

Dziesięcioosobowa grupa kibiców z Holandii wspierała w Bydgoszczy oszczepniczkę Emmę Oosterwegel. W pomarańczowej koszulce z napisem "Team Whazzaa!" na trybunie usiadł jej chłopak, Justin Kraaijenbrink. - Przyjechaliśmy samochodami z Deventer. Są wśród nas przyjaciele i rodzina Emmy. Nie jest faworytką. Modlimy się o finał - mówił. Modlitwa nie pomogła. Emma do finału się nie dostała. Dwa dni przed startem do Bydgoszczy dotarli lekkoatleci z Republiki Południowej Afryki. - Pierwszy raz jestem na tak dużej imprezie. Transmisje do 60 krajów, to robi wrażenie - mówi George Kusche. - Myślałem, że Bydgoszcz i Europa w ogóle, to miejsce bardziej przemysłowe. A Bydgoszcz jest bardzo spokojna - dodaje.

Szwedzi rozpoczęli zwiedzanie Bydgoszczy od wizyty w KFC. - Trener by się pewnie nie ucieszył, ale co zrobić - śmieją się. - Polska jest tanim krajem, a ludzie, wbrew pozorom, sporo się uśmiechają - mówi Marcus Tornee. - Stadion jest rewelacyjny. Ładna, świeża nawierzchnia, dobrze się biega. Tylko trochę mało ludzi na trybunach. Ale pogoda lepsza, niż w Szwecji - cieszył się sprinter na 200 metrów. Sportowcy opanowali bydgoskie centra handlowe. Zawodnicy z Bahamów spróbowali szczęścia w punkcie Lotto.

Sześć kanadyjskich biegaczek na brzuchach wymalowało kolejne litery nazwy swojego kraju. - Chyba pomogło, bo nasz zawodnik przed chwilą dobrze pobiegł. No i mocno się wydzieramy - mówiła Nicole Hutchinson, z literą A na brzuchu. Kanadyjczycy miastem byli zachwyceni. - U nas nie mamy czegoś takiego jak Stary Rynek, czy starówka, więc Bydgoszcz wygląda dla nas bardzo ciekawie - opowiada. Kanadyjczycy byli m.in. w Toruniu. - Torun. To run or not to run - żartowali.

Impreza OK. Ale gdzie ludzie?

Do Bydgoszczy przyjechało ponad 140 dziennikarzy. Także z takich krajów, jak Kenia, Uganda i Bahrajn. - Wszystko OK, ale gdzie są ludzie? - pytał mnie Raymond Graham, reporter z Jamajki. Kibice z Bydgoszczy na stadion niestety tłumnie się nie wybrali. Szczególnie w pierwszych dniach mistrzostw na trybunach więcej było uczestników, trenerów i fanów z zagranicy niż bydgoszczan. Atmosfera była świetna, bo ja zapewniały okrzyki Amerykanów, fryzury Jamajek i wspólne śmiechy Japończyków ze Szwedami. Ale frekwencja bolała.

Można tłumaczyć, że Bydgoszcz dostała mistrzostwa z półrocznym wyprzedzeniem, po wycofaniu się Kazania, ale frekwencja była jedynym dużym minusem imprezy. - Pamiętajmy jednak, że to rywalizowały dzieciaki, choć możemy podejrzewać, że choćby Candace Hill zdobędzie w przyszłości medal igrzysk. Trudno to porównywać do Diamentowej Ligi w Londynie z tego tygodnia, bo tam stadion olimpijski zapełnił Usain Bolt - mówił John Anderson, który relacjonował mistrzostwa dla oficjalnego radia IAAF. Organizacja imprezy kosztowała bydgoski ratusz milion złotych.

Trzeci raz do Bydgoszczy przyjechał doświadczony amerykański reporter Ed Gordon. - W Bydgoszczy restauracje zamykają się dość wcześnie, w dodatku nie ma ich w okolicy Zawiszy. Zamknięto tę na stadionie, to dziwne. A tramwaje z centrum nie jeżdżą przed północą, gdybym chciał wrócić z centrum - mówi. Do Bydgoszczy wróci za rok, na mistrzostwa Europy U-23.

Jeszcze nigdy o Bydgoszczy nie pisano tak wiele w social mediach. Z tagiem #Bydgoszcz2016 lądowały na Twitterze zdjęcia sportowców z całego świata i ich kibiców. - Reprezentujecie kraj i swoich bliskich. Odłóżcie telefon i cieszcie się tą niesamowitą imprezą – mówił przed mistrzostwami do swoich młodszych australijskich kolegów olimpijczyk Benn Harradine. Nie wszyscy posłuchali starszego sportowca, który występował w epoce, przed Facebookiem i Twitterem. 

Lekkoatleci z australijskiego Brisbane dowiedzieli się, gdzie leży Bydgoszcz, organizując wspólne kibicowanie na drugiej półkuli swojemu koledze, Josephowi Dengowi. Uczennice katolickiej szkoły dla dziewcząt St. Clare's College w Sydney zebrały się do wspólnego zdjęcia, żeby zaprezentować, jak ściskają kciuki za startującą w Bydgoszczy Amy Harding-Delooze. Trener dwóch Francuzek, medalistek w skoku w dal, pochwalił się, że zabiera z sobą na pamiątkę dwie garści piasku, ze szczęśliwej dla niego i zawodniczek skoczni na stadionie Zawiszy. Film, na którym Konrad Bukowiecki, bije juniorski rekord świata w pchnięciu kulą obejrzało w ciągu dwóch dni ćwierć miliona ludzi. Dwa razy więcej zobaczyło sprint Ewy Swobody i jej walkę z Amerykanką Candace Hill. Pełna energii Swoboda była zdecydowanie największą gwiazdą polskiej ekipy i magnesem dla kibiców. 

O przygodach w Bydgoszczy tweetował Jon Mulkeen, Amerykanin z IAAF. Miał gotową listę słów, które uznał za niezbędne do poruszania się po mieście. „Ciasto”, „pączki”, „lody”, „piwo”, „więcej proszę”, „nawet więcej”, „jeszcze jeden, dzięki”. – W mojej głowie Bydgoszcz kojarzy się wyłącznie z lekkoatletyką. Nie słyszałem o waszym mieście w innym kontekście. Teraz poznałem je osobiście – opowiada. 

Do Polski prawie najkrótszą drogą

remjaskot

DSC01239

Widok na jezioro, wzgórza a przede wszystkim boisko, a wszystko w ciepłym, lombardzkim klimacie? Witam w Como.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Wracając z meczu EURO we Francji (o Marsylii i Monaco pisałem tutaj) zahaczyłem o Como, Bazyleę i Frankfurt. Klucz jak zwykle ten sam - ciekawe piłkarsko miejsca i stadiony, gdzie działa się historia Pucharu Europy.

DSC01218
Como. Stadion wybudowany pod koniec lat 20. zgodnie z kanonami włoskiego modernizmu, w hołdzie Benito Mussoliniemu.

DSC01248

DSC01219

Giuseppe Sinigaglia, patron stadionu, był wioślarzem. Jako ochotnik zgłosił się na front I wojny światowej. Zginął w szóstej bitwie nad Isonzo.

DSC01254

Tuż obok stadionu znajduje się pomnik z lat 30. poświęcony ofiarom I wojny światowej. Za pomnikiem jest już zejście do jeziora Como.
DSC01234

DSC01256

Stadion oddziela od jeziora tylko droga. Parę metrów dalej jest już marina. W Como uczył się grać w piłkę Gianluca Zambrotta. 


DSC01230

Co prawda bieżni już nie ma, ale odległość trybun od boiska jest ogromna. Remontu chyba szybko nie będzie. W poprzednim sezonie Como spadło z Serie B. 

Bazylea

DSC01310

Tramwaj w barwach blaugrana. Skojarzenie z FC Barceloną nieprzypadkowe. W XIX wieku kapitanem Basel był Hans Kamper. Kiedy zamieszkał w Barcelonie, gdzie początkowo przyjechał na chwilę, żeby odwiedzić wujka, wraz z grupą obcokrajowców założył Futbol Club. Jedna z najpopularniejszych teorii tłumaczących wybór klubowych barw, to życiorys człowieka, który z czasem zaczął się przedstawiać jako Joan Gamper.

DSC01297

Joggeli (Jakob w lokalnym dialekcie) wybudowano na nowo w 1998 roku. W tym miejscu grano na mundialu w 1954 roku (w tym Węgry-Niemcy 8:3) i aż cztery finały Pucharu Zdobywców Pucharów (1969, 1975, 1979 i 1984).

DSC01280

DSC01296

DSC01300

Klubowe muzeum to mała wystawa w klubowym sklepie.
DSC01273

Frankfurt

DSC01342

Waldstadion, czyli Stadion Leśny, wybudowano w 1925 roku. Obecna budowla w tym miejscu powstała na mundial w 2006 roku.

DSC01365

Widok ze stadionu.

DSC01369


DSC01371

Na wielkim ekranie Niemcy oglądali w czasie EURO mecze swojej reprezentacji.

DSC01340

Rzeźba przed wejściem na stadion. Ma upamiętniać zwykłych, bezimiennych kibiców, którzy w latach 30. chodzili na mecze Eintrachtu. W ich życie zaczęła ingerować nazistowska dyktatura. Niektórzy stracili pracę, inni zostali aresztowani, wielu trafiło potem na front. 

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Wilimowski

remjaskot

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Tytuł: Wilimowski
Autor: Milijenko Jergović, tłum. Magdalena Petryńska
Wydawnictwo: 
Książkowe klimaty, 2016

Brazylia: Batatais, Machado, Hércules, Lopes, Leônidas, Martim, Perácio, Romeu, Zezé Procópio, Domingos Da Guia, Afonsinho.
Polska: Madejski, Piec, Scherfke, Wilimowski, Wodarz, Szczepaniak, Dytko, Piontek, Góra, Nyc, Gałecki.

Ernest Wilimowski w tej krótkiej powieści pojawia się tylko pośrednio. Jest dla bohaterów postacią, o której wyczynach usłyszeli dzięki wielkiej antenie, wywołującej trwogę u mieszkańców osady w Dalmacji. Wilimowski daje nadzieję, pozwala uciec do innego, być może bardziej realnego świata.

Lato 1938 roku. Przez jugosłowiańską, górską wioskę przechodzi osobliwy orszak - niesione, chore na gruźlicę kości dziecko (w którym miejscowi chcą widzieć szatana), jego ojciec - krakowski profesor, nauczyciel oraz opiekunka. Szukają hotelu, o którym nie mają pewności, że istnieje. 5 czerwca słuchają radiowej relacji z meczu mistrzostw świata. Ernest Wilimowski strzela 4 bramki, ale Polska i tak przegrywa z Brazylią.

Milijenko Jergović, kibic Željezničara Sarajewo, wielokrotnie podpadł chorwackiemu establishmentowi, więc pierwsze wydanie jego najnowszej książki miało miejsce w Polsce. Niektórzy ktytycy nazywają go najważniejszym współczesnym pisarzem bałkańskim. W "Wilimowskim" połączył klimat "Czarodziejskiej góry", wiejskich legend i "The Grand Budapest Hotel" Wesa Andersona. To historia bez wyraźnej puenty, opowiedziana przez narratora, który nie wie wszystkiego. Piłka jest tu zarówno obrzędem, jak i wstępem do wojny. Katastrofę już widać na horyzoncie.

Historię Wilimowskiego, który urodził się dokładnie sto lat temu, kibice znają. Ernst Otto Prandella został adoptowany przez drugiego męża swojej matki. Górnoślązak, piłkarz niemieckiego 1. FC Kattowitz i polskiego Ruchu Hajduki Wielkie. Grał w reprezentacji Polski a w latach 1941-42 osiem razy w kadrze III Rzeszy. Po wojnie do Polski nie wrócił, bał się, wielokrotnie prasa opisywała go jako zdrajcę. Zmarł w 1997 roku w Karlsruhe. Od dawna słychać o mającej powstać biografii opisującej życie być może najlepszego polskiego piłkarza.

Autora opowiadającego o książce można poczytać tutaj i posłuchać tutaj. Fragment książki tutaj.

 Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Tytuł: Siła marzeń. Tajemnica sukcesu FC Barcelona
Autor: Albert Puig, tłum. Tomasz Wiśniowski
Wydawnictwo: Bukowy Las, 2012

Cieniutka książeczka napisana została głównie z myślą o rodzicach. Ci, którzy stają się fanatykami piłkarskiego talentu swoich dzieci, zazwyczaj im szkodzą.

W 2007 roku zespół Alevin B FC Barcelony celowo dał sobie strzelić bramkę. Chwilę wcześniej Blaugrana trafiła do siatki wskutek nieporozumienia. Jeden z zawodników nie domyślił się, że piłkę trzeba oddać, bo Espanyol wybił ją na aut w celu udzielenia pomocy medycznej kontuzjowanemu zawodnikowi. Za gest, który w piłce młodzieżowej powinien być normą, posypały się nagrody fair play. Padła też propozycja, by trener 11-latków napisał książkę.

W latach 2010-14 Albert Puig był jednym z koordynatorów w La Masii. Teraz łączy pracę w Cordobie i piłkarskiej federacji Gabonu. W 2009 roku, gdy pisał książkę, był jednym z trenerów w La Masii. Projekt firmował klub, więc autorowi nikt nie odmówił kilku zdań.

Tytułowych tajemnic sukcesu nie poznamy, większość książki jest wtórna. Ale niektórzy rodzice mogą do niej zajrzeć. Wygrywać czy wychowywać? Uczestniczyć czy rywalizować. O ile o samotności Andresa Iniesty w La Masii słyszał każdy, to kilka opinii zapada w pamięć. Swoje robią też nazwiska osób, które zdołał przepytać Puig. - Piłkarz musi ufać trenerowi, a ten nie może go oszukać. (...) Wraz z pierwszym kłamstwem, traci się zawodnika bezpowrotnie - mówi Pep Guardiola.

Luis Enrique opowiada, w czym pomógł mu futsal. Wspomina, jak w Sportingu Gijon podziękowano dwóm nastolatkom - jemu i Abelardo. Jedynym w całym regionie, którzy kilkanaście lat później mieli po 50 występów w reprezentacji. - Na czym ludziom w Sportingu wtedy zależało? Żeby wychowywać piłkarzy czy żeby wygrywać mecze? - pyta Lucho.

Nie wszyscy wychowankowie Barcelony mają podobne zdanie na każdy temat. - Bardziej cenię tego, który korzysta z talentu, niż takiego, który mocno się stara - mówi znany z niechęci do biegania Charly Rexach. Carlesowi Puyolowi z kolei nikt nigdy nie powiedział, że nie dał z siebie wszystkiego. Przeciwnie, kilku trenerów poprosiło go, żeby na treningach trochę przyhamował.

Thierry Henry porównuje sport w Europie i USA, gdzie częściej zajęcia sportowe są zintegrowane z lekcjami w szkole. - Za oceanem sport jest wszędzie. W Europie wielu wystarcza godzina w tygodniu - mówi Henry. Mazinho, ojciec Thiago i Rafy Alcantary, nie uważa, że dzieci powinny słyszeć, że w sporcie najważniejsze jest uczestnictwo. - Chodzi o rywalizację - mówi. Wymagania w Barcelonie są specyficzne. Kiedy drużyna młodzieżowa Xaviego zakończyła passę 24 zwycięstw z rzędu, rozgrywający płakał w poduszkę.

Śmieciowy futbol

remjaskot

 

keoghan

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Tytuł: Futbolowa rewolucja. Kibice wkraczają do gry
Autor: Jim Keoghan, tłum. Janusz Zołociński
Wydawnictwo: 
Ciepło/Zimno, 2016

Na każdą porywającą serce historię o Wimbledonie, który odrodził się dzięki kibicom, przypada przynajmniej jedna, gdzie kibice nie dali rady przejąć klubu i kolejna, w której objęli władze i nie dali rady go podźwignąć.

To książka dla tych, którzy chcą iść na mecz bez uczucia, że kupują bilet jak na blockbuster w multipleksie. Siedząc na trybunach nie chcą być klientem i są gotowi na zawsze pożegnać się z marzeniami o pucharach. Jeszcze w 1960 roku maksymalna stawka dla piłkarza wynosiła 20 funtów i była o 5 wyższa, niż średnia pensja robotnika. Limit zniesiono a zabawa na całego zaczęła się od powstania Premier League i kontraktu z telewizją BSkyB. W latach 1992-2002 płace piłkarzy wzrosły o 1508 proc. Płaca robotnika o 186. Równie mocno jak pensje, poszły w górę ceny biletów. Stojącego za bramką robotnika wymieniono tam na zajadającego kanapkę z krewetkami pracownika biurowego. W 1990 roku najtańsze bilety na Arsenal, czy Liverpool, kosztowały 4-5 funtów. W roku 2011 45-51. Premier League oderwała się od reszty ligowej piramidy. W latach 60. czwartoligowy mecz kosztował tylko o 1/4 mniej, niż w First Division. Teraz Premier League jest droższa o ponad 250 proc.

W 1992 na skraju bankructwa stanęło Northampton Town. Jeszcze w latach 50. kibice klubu, za pomoc w sfinansowaniu oświetlania, dostali naszywkę a jeden z nich prawo do corocznego wypicia drinka z władzami klubu. Tym razem, gdy fani Northampton wykupili klub, postanowili nim zarządzać.

Za oddolnymi i spontanicznymi akcjami stoją ludzie, którzy toną w papierach i użerają się z biurokracją. Jim Keoghan tłumaczy jak zbierano kapitał, przekonywano syndyka i radzono sobie z zarządem komisarycznym. W 2011 roku, w ustawie o decentralizacji uprawnień decyzyjnych zapisano, że lokalna społeczność może wykupić „aktywa o wartości społecznej”. Pierwszeństwo w wykupieniu sklepiku wiejskiego, pubu, czy stadionu, które zostały wpisany na listę, mają mieszkańcy.

Autor Jim Keoghan to fan Evertonu, któremu rodzice powiedzieli, że do kibiców Liverpoolu Święty Mikołaj nie przychodzi. Nie ucieka od historii, z których nie warto brać przykładu. Mamy więc osobny rozdział o ikonie ruchu AFC Wimbedon, FC United of Manchester, czy Exeter City, ale wiemy też, gdzie sprawy poszły nie tak, jak planowano. W tym gronie są takie kluby jak Notts County, najstarszy zawodowy klub na świecie, York City, Brentford FC, czy Stockport County, które po przejęciu przez kibiców utknęło w niższych ligach. Wartość wielkich klubów jest tak ogromna, że kibicom trudno myśleć o ich przejęciu. Ale próbują. W Arsenalu, którego pojedyncza akcja jest wyjątkowo droga, dzięki organizacji kibicowskiej, dzięki stowarzyszeniu kibiców, można kupić jej część.

Punk football ostatnio święci triumfy w Wielkiej Brytanii, ale ten model jest wymagany prawem w Niemczech. Keoghan opisuje, jak wymóg „50%+1” obchodzi RB Lipsk. Europejska moda dotarła także nad Wisłę. Pierwszym polskim klubem, który przedstawia się jako demokratyczny, jest AKS Zły. W tym sezonie wystawi dwie drużyny - męską i żeńską, w B-klasie i III lidze.

fm

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Tytuł: Football Manager stole my life. 20 years of beautiful obsession
Autor: Iain Macintosh, Kenny Millar, Neil White
Wydawnictwo: 
BackPage Press, 2012

„Miałem dziewczyny, których nie kochałem tak bardzo, jak Sothend United, z którymi wygrałem Puchar UEFA (CM97/98), przyjaciół, których znałem słabiej, niż rezerwy Nottingham Forest (CM01/02). Dlaczego nigdy siedziałem przed komputerem do 3 nad ranem, żeby pisać książkę, a robiłem to wielokrotnie, gdy wprowadzałem Welling do Conference South (FM07)?” - pisze Iain Macintosh, dziennikarz „The Guardiana”. Z pytaniami, czy uzależnienie od Football Managera niszczy jego życie, trafił na kozetkę psychoanalityka (to świetne i zabawne opowiadanie można przeczytać tutaj).

Młodych ludzi, którzy kładli się do łóżka myśląc o wyczynach geniuszy piłki z „finishing”, czy „dribbling” 20, można liczyć w milionach. Cherno Samba, w grze godny następca Pelego, opowiada, że z łatką gwiazdy CM-a, żyje od dekady. - Podaję kartę w sklepie, ktoś patrzy na moje nazwisko i zaczyna opowiadać, ile trofeów razem wygraliśmy - opowiada. Takich wypowiedzi zebrano w książce kilkadziesiąt. Gareth Jelleyman ciągle słyszy co się stało, skoro w grze był wielki, a kariery nie zrobił. Pedro Moutinho dostał kontrakt w Falkirk na podstawie statystyk z CM-a.

Opowiadania z cyklu footbal fiction porwą chyba tylko fanów, ale historie graczy są o wiele bardziej uniwersalne. O swoim życiu opowiadają ci, którzy dzięki grze znaleźli pracę oraz tacy, którzy szukając dobrego lewego obrońcy do Conference, zawalili studia. Simon Furnivall kopiąc ze złości w biurko cztery razy łamał sobie palce u stóp - najgorzej było, gdy Scunthorpe, walcząc o Premier League, przestrzeliło karnego w ostatniej minucie. Do wirtualnych bohaterów gracze piszą na Facebooku albo zatrzymują ich na ulicy. Inni lecą na drugi koniec Europy, do miejsca, gdzie odnieśli największe zwycięstwa w swoim życiu. Czytamy opowieści takich, którzy zakładali garnitury, gdy siadali przed komputerem, by zagrać w finale FA Cup.

Książka to kilkadziesiąt opowiadań, setki wypowiedzi. Głos zabierają autorzy gry, w tym pierwszej wersji z lat 80. (na 20 wydawców, 1 wyraził zainteresowanie). Kolejne odsłony Championship i Football Managera, zmieniły nie tylko życie niedoszłych gwiazd, ale też rzeczywistość niektórych klubów. W ramach rywalizacji na jednym z forów, należało osiągnąć jak najlepsze wyniki walijskim Bala Town. Klubowy twitter zaczął się zapychać od pytań o taktykę. Klub z czasem zaczął wchodzić w FM-owy świat, co spowodowało wzrost sprzedaży biletów i koszulek.

O godzinach spędzonych przed monitorem opowiada nawet Jonathan Wilson, taktyczny guru. W ramach eksperymentu, próbował odwracać taktyczną piramidę. Sunderland miał grać od 1-2-7, potem 2-3-5, W-M itd. - Dzięki tej grze każdy na świecie wie, kim jest AM R/L - opowiada.

- Przy biurku w redakcji Sunday Times, na pięć osób tylko jedna nie grała i to tylko dlatego, że bała się, że wpadnie w uzależnienie. Wcześniej myślałem, że jestem sam. Moje najlepsze chwile, League Cup z Stirling Albion i pomnik przed Forthbank, przeżywałem w samotności - pisze Neil White. Mam to samo. Grę rzuciłem dekadę temu, bo była zbyt czasochłonna. Ale Ligę Mistrzów wygraną z Milwall, z Juniorem Khanye, Fredym Guarinem i Lebohangiem Mokoeną, zdarza mi się wspominać do dziś.

© Nummer 14
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci