Menu

Nummer 14

Groundhopping, książki i bydgoski sport oczami cruyffisty

Cracovia i pluszowy apartheid

remjaskot

cracovia_skrzydelka

Tytuł: Cracovia znaczy Kraków
Autor: Tomasz Gawędzki
Wydawnictwo: 
SQN, 2016

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Z Parku Jordana, przez Błonia, do obecnego stadionu przy Kałuży. W książce o historii Cracovii mkniemy przez 110 lat polskiej piłki.

W 1910 roku, żeby dotrzeć z Krakowa do Warszawy, niezbędny był paszport. Nie dostał go Richard Singer, który razem z Cracovią miał pojechać na mecze z Varsovią i Koroną. Ominęła go nie tylko walka na boisku, ale także szczegółowa kontrola na granicy rosyjsko-austriackiej. Żandarmeria chciała skonfiskować biało-czerwone koszulki jako „nielegalne polskie flagi”. Co gorsza, w torbach znaleziono „wywrotowe książki” - przepisy do gry w piłkę nożną wydrukowane w Krakowie przez Anglika. Pomogły wyjaśnienia, że książki to prezent dla Warszawskiego Koła Sportowego. Na boisku prezentów już nie było. Cracovia pokonała Koronę Warszawa 10:0.

W książce Tomasza Gawędzkiego najbardziej spodobały mi się cytaty z prasy. W 1922 roku, gdy Cracovia rozbiła na wyjeździe Ruch 7:0 a na stadion przyszło 800 osób, „Przegląd Sportowy” miał dla klubu ze Śląska kilka porad.

„Publiczność w obu dniach znikoma (najwyżej 800 osób). Niemcy na mecze polskich drużyn nie chodzą, polscy zaś robotnicy wolą spędzać niedziele na piciu i tańcach (...). Na zakończenie przyjacielska rada dla braci sportowców z Górnego Śląska. Jeśli chcą, aby goście od nich odjeżdżali zupełnie zadowoleni z przyjęcia, to powinni: 1) wystarać się o lepszy nocleg, niż na siennika w szkole, zajętej przez wojsko (...) 2) zaprowadzić ich na boisko, by nie byli zmuszeni prawie godzinę błądzić po mieście (...) 3) rozegrać mecz w takim czasie, by goście mogli odjechać ostatnim wieczornym pociągiem”.

Fascynujące są m.in. fragmenty o meczach w czasie okupacji, podróżach na mecze saniami i noworocznych treningach, tradycji przecież wyjątkowej. 1 stycznia 1930 po sylwestrowej zabawie na mecz nie dojechał zespół z Załęża. W Nowy Rok Cracovia wewnętrzne mecze gra do dziś.

Materiałów na świetne historie jest tutaj mnóstwo. Józef Piłsudski na meczu, remis na Les Corts w Barcelonie, czy relacja z meczu reprezentacji, gdzie na 13 powołanych zawodników, 7 grało w Cracovii. Ale jak opowiedzieć 110 lat na 440 stronach? Ciężko, jeśli chce się opisać każdy sezon, w którym klub nie był na peryferiach.

Książka Gawędzkiego nie jest wielką opowieścią o najstarszym polskim klubie. To bardziej opis przedwojennych meczów, relacja z kolejnych sezonów. Rzetelna robota. Największy problem to brak bohaterów. To oni powinni prowadzić nas przez kolejne okresy w historii klubu. Choć wielkich postaci w historii nie brakuje, to autor postawił na systematyczne opisywanie kolejnych rozgrywek. Wiele fragmentów to mielizny, w których za dużo wyników, a za mało żywych postaci. A kto nie chciałby przeczytać o piłkarzach, którzy wygrali mecz 2,5:1?

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.aborygeni

Tytuł: Aborygeni i konsumenci. O kibicowskiej wspólnocie, komercjalizacji futbolu i stadionowym apartheidzie
Autor: Dominik Antonowicz, Radosław Kossakowski, Tomasz Szlendal
Wydawnictwo: Wydawnictwo Instytutu Filozofii i Socjologii Polskiej Akademii Nauk, 2015

Pluszowy apartheid w czasach supermarketyzacji futbolu. To brzmi poważnie. Odczucia kibiców, które lądują na twitterze jako #AgainstModernFootball, filozofowie z PAN usystematyzowali i wydali jako pozycję naukową.

O tym, że sprawa jest poważna, mówi choćby 20-stronicowa bibliografia. Wydawcą książki jest Instytut Filozofii i Socjologii Polskiej Akademii Nauk a pieniądze dołożył Uniwersytet Mikołaja Kopernika. Tytuł wprowadzenia mówi o kibicach industrialnych, czyli starego typu, w turbokapitalizmie. Ci kibice, przeciwnicy supermarketyzacji piłki nożnej, to często tytułowi „aborygeni”, ulokowani na peryferiach piłki nożnej. Dzicy, niepotrafiący dostosować się do rzeczywistości.

Autorzy, za Immanuelem Wallersteien, dzielą piłkarski świat na futbolowe centrum, peryferia i półperyferia. Te ostatnie, wielkie kluby kolonizują, np. dzięki letnim tournee. Jako przykład wymienieni są polscy kibice Barcelony, którzy w 2013 roku wspierali swój klub w towarzyskim meczu z Lechią. Byłem, widziałem, choć to był tylko sparing, sam z zadowoleniem oglądałem zrywy Neymara, a nie Piotra Grzelczaka, choć ten drugi strzelił ładniejszego gola. Autorzy są dość radykalni. Efekty raportu Taylora nazywają „tyranią bezpieczeństwa”, krytykują wysokie kary za odpalanie rac na polskich stadionach. Sporo tu ciekawych, choć znanych przykładów, choćby klubu Red Bull Salzburg. Z oceną wydarzeń krajowych można polemizować. Zdaniem autorów „straszenie kibolstwem” było elementem strategii wyborczej w 2011 roku i miał służyć „stygmatyzacji zwolenników PiS”.

Interesujący jest m.in. wątek o nowych obiektach, na których grają piłkarze. Sam staram się jeździć na stadiony z historią. Na nowych nie ma w nich ducha, ale przynoszą konkretne pieniądze. Pierwszym stadionem czwartej generacji była Amsterdam Arena - obiekt wygodny, również na koncert, ze skyboxami i sklepami. Na stadionie piątej generacji, boisko jest już tylko dodatkiem. Stadiony-miasta to w większości centra rozrywki - kina, centra handlowe, hotele. Miejsca, gdzie wszystkie potrzeby konsumenckie mogą zostać zaspokojone. Wśród nich koncert Madonny lub obejrzenie meczu, w zależności, od tego, co jest w ten weekend w programie.

Komercjalizacja, która zżera istotę futbolu, postępuje z każdym rokiem. W niektórych krajach utowarowienie kibica sprawiło, że fani nowego typu, śpiewów nie lubią. Krzyki oddalają nowego kibica od poczucia bezpieczeństwa, wzoru zachowań, które zna z centrum handlowego. Słusznie piętnowana jest w książce niechęć UEFA do miejsc stojących nazywają nieracjonalną. Działają doskonale w Bundeslidze, nie powodując żadnego wzrostu agresji.

W Polsce, kibice hardcore'owi zapewniają wrażenia, za które ci „normalni” są w stanie zapłacić. Akurat do tej tezy nie ma żadnych przypisów. Szkoda, bo jestem ciekaw, ile osób faktycznie woli zapłacić więcej za zorganizowany doping na przeciwległej trybunie.

Czas odłożyć sztangę w Zawiszy

remjaskot

17562834528_6e051b1ef1_k
Fot. public domain

Kurz powoli opada. Mętnych tłumaczeń braci Zielińskich nie transmituje już TVN24 a memy z ich zdjęciem i podpisem "Chemical Brothers" coraz rzadziej pojawiają się na Facebooku. Ale ich wstyd pozostaje też naszym, bydgoskim wstydem. Czas teraz pożegnać się w ogóle z ciężarami w Zawiszy.

- Czasem wstaję z łóżka i nie mogę się wyprostować, bo kręgosłup napierdziela. Nie tak dawno, robiłem przysiady ze sztangą, wisiało na niej 200 kg, no i poczułem, jak prąd mi idzie po kręgosłupie, nogi się uginają. Organizm mam tak wyeksploatowany, że czarno widzę przyszłość - opowiadał Marcin Dołęga. Środki przeciwbólowe, przeciwzapalne i blokady nie pomagają. Ludzkie stawy nie są przystosowane do przerzucania 20 ton żelastwa dziennie. Zrujnowane kolana i łokcie trzeba ratować komórkami macierzystymi. Ale to za mało. Trzeba brać.

Koniec z ciężarami

Dołęga został za doping zdyskwalifikowany kilka miesięcy temu. Bracia Adrian i Tomasz Zielińscy razem z trenerem, Jerzym Śliwińskim, zostali wyrzuceni z wioski olimpijskiej w Rio. Wojsko już złożyło im propozycję nie do odrzucenia. Zielińscy nie będą już żołnierzami. Wojsko wycofuje się też z podnoszenia ciężarów w Zawiszy. Ale to za mało.

Z tej sekcji CWZS powinien po prostu zrezygnować.

Oprócz Zielińskich w ostatnich latach na pomoście oszukiwali także inni zawiszanie - Małgorzata Wiejak i Marcin Dołęga. Wybrali drogę na skróty, bo jest to wpisane w samą dyscyplinę. Mniej widzę w tym winy samych zawodników. Rozmowy z Marcinem Dołęgą i braćmi Zielińskimi wspominam z uśmiechem. Sympatyczni, inteligentni ludzie z bardzo trudnym startem na wielkie areny. - W takiej małej miejscowości to można zostać naukowcem albo sportowcem. Albo nikim. A naukowcem to jest ciężko zostać - mówił mi Adrian Zieliński. W Tarpanie Mrocza dźwigało się w budynku GS-u. Do czasu aż się zawalił, bo ciężka sztanga przebiła podłogę i wpadła do piwnicy. Później ciężarowcy ćwiczyli w budynku hydroforni. Zimą w rękawiczkach i czapkach, nie było nawet wody. Jak się chwyciło sztangę, to przyklejała się do rąk, taki był mróz.

Wysiłek sztangistów jest nadludzki. Żyją z permanentnym bólem. Zostawiają na pomoście zdrowie, bo prą na sportowy szczyt. Jest nim olimpijski medal. Daje sławę a dzięki emeryturze, socjalne bezpieczeństwo do końca życia. Każdy myśli - wezmę, bo bez tego nie wygram. I pewnie mają rację. To prawda, że w ostatnich dekadach seriami wpadali lekkoatleci i kolarze, ale ciąg skandali w ciężarach nie ma precedensu. Na igrzyska w Rio de Janeiro nie przyjechali wykluczeni ciężarowcy z Rosji, Białorusi, Azerbejdżanu i Bułgarii. W zorganizowany sposób brali Kazachowie, w tym ich trzy mistrzynie olimpijskie. Na liście WADA są nawet Niemcy. W zeszłym roku przyłapano na dopingu 70 sztangistów i sztangistek. Wielu z nich to medaliści najpoważniejszych międzynarodowych imprez. Jest też niemałe grono Polaków.

Zepsute do szpiku kości

Podnoszenie jak największego ciężaru wydaje się być niemal równie naturalnym sportem, jak bieg. Sprawdzeniem, kto jest najsilniejszy. Dlatego ciężary, w różnej formie, są w programie nowożytnych igrzysk od samego początku. Ale przyszłość to niewiadoma, bo od kilku dekad dyscyplina jest zepsuta do szpiku kości. Przypadek braci z Mroczy prawdopodobnie doprowadzi do jej zabicia w kraju. Ministerstwo Sportu już ogłosiło, że przynajmniej obetnie dotacje dla związku. Możliwe, że całkowicie zabierze ciężarowcom państwowe pieniądze. O prywatnych nie mają co marzyć. W państwach szeroko pojętego Zachodu ciężarów raczej się nie dźwiga. Ważne zawody wygrywają zawodnicy krajów byłego ZSRR (o ile nie są zdyskwalifikowani), Iranu, Chin czy Korei Północnej. Innym szkoda zdrowia.

O tym, że polska sztanga jest chora, wiadomo od dawna. Wyniki ciężarowców Zawiszy interesują garstkę osób. Ilu z was kliknie w link o wynikach ligi podnoszenia ciężarów? Ilu w ogóle wie o jej istnieniu? Bydgoska sekcja nie wychowuje rzeszy młodych ludzi zafascynowanych sportem. Istnieje po to, by wąska grupa zawodników spoza Bydgoszczy, często skuszona wojskowymi etatami, zdobywała trofea. Po to były transfery Dołęgi i Zielińskich. Cała idea legła w gruzach. Czas przestać patrzeć na punkty w tabelach wojskowych zawodów i historyczne tabele medalistów i dać sobie spokój ze zdegenerowaną dyscypliną. CWZS powinien podjąć decyzję o zamknięciu sekcji. Ciężary już są na sportowym marginesie. A niewykluczone, że umrą całkowicie.

Ale Polacy dalej będą odnosić sukcesy. I to w sposób, który całą sytuację pokazuje jak soczewce. Szymon Kołecki, ustępujący prezes Polskiego Związku Podnoszenia Ciężarów, wkrótce zostanie oficjalnie ogłoszony mistrzem olimpijskim. Okazało się, że w Pekinie, gdy odbierał srebrny medal, Kazach Ilja Iljin był na koksie. Ale na Kołeckiego też pada dopingowy cień. Ukraiński lekarz Walentin Czernopiatow twierdzi, że w 2002 roku kupił dla niego w Odessie 13 opakowań retabolilu, sterydu anabolicznego, środka zabronionego. Kołecki zaprzecza. Złapany został raz, w wieku 16 lat.

Szanse na wymarzony olimpijski medal wciąż ma Marcin Dołęga. Nie jest wykluczone, że medal zostanie odebrany jednemu z medalistów z Pekinu, gdzie Dołęga był czwarty. Ewentualny krążek odbierze jako zawodnik dwukrotnie zdyskwalifikowany, bez prawa do występów na zawodach.

O tym, że Zawisza ma z tematem dopingowiczów problem, świadczy plebiscyt z okazji 70-lecia klubu. Wśród kandydatów klub wpisał dopingowiczów: Dołęgę i Sławomira Zawadę. Ten drugi nie tylko doping brał, co skończyło się dyskwalifikacją. Po zakończeniu kariery, wśród wielu zarzucanych mu przestępstw, prokuratura wymieniła przemyt i handel sterydami.

Zobaczyłem gola Tsubasy

remjaskot

DSC014331

- Nieźle dziś kręci ten Japoniec - dało się usłyszeć przed drugą połową meczu Stomilu. Tsubasa zakręcił tak, że na przerwę zszedł z jedną bramką, a powinien z dwiema. Trafiłby, gdyby miał wsparcie braci Tachibana.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

DSC01430

Gdyby ktoś chciał zobaczyć mecz na zapleczu ekstraklasy na stadionie z poprzedniej epoki, to stolica Warmii i Mazur to słuszny kierunek. W Olsztynie o nowym obiekcie słychać od dawna, ale na razie przyjezdni mają okazję podziwiać wyjątkowe korytarze. O ile na co dzień trudno się nimi cieszyć, to groundhopperom muszą się podobać.

DSC01423

Tak, to ten sam widok.
DSC01462

Dawne zakłady Stomilu, widoczne za trybuną, to od 1995 roku Michelin.

OKS Olsztyn, największy klub w regionie, powstał latem 1945 roku. Kiedy został objęty patronatem przez Olsztyńskie Zakłady Opon Samochodowych, mocno poszedł w górę. Jak zwykle, najciekawsze jest to, co działo się wcześniej. A przed wojną, w Olsztynie, w piłkę grali rzecz jasna Niemcy. Cytat o historii:

"W czasach cesarskich Niemiec najważniejszym klubem piłkarskim był SV Allenstein, który był klubem wielosekcyjnym, była nawet sekcja hokeja na lodzie. Po I wojnie światowej życie sportowe wcale nie zamarło, mimo iż dzięki postanowieniom Traktatu Wersalskiego znacznie ograniczono liczebność wojska w Olsztynie. W okresie między wojennym palmę piłkarskiego pierwszeństwa przejął założony w 1921 r. klub Hindenburg Olsztyn. Drugim znaczącym klubem była założona w 1916 r. Viktoria Allenstein."

O przedwojennej piłce w Olsztynie można przeczytać tutaj
DSC01427
DSC01457

Wróćmy, do inauguracji I ligi, czyli meczu Stomil - Chrobry Głogów. Imię Tsubasa, które nosi bohater mangi "Kapitan Jastrząb", oznacza skrzydło. W Japonii noszą je zarówno kobiety i mężczyźni. Piłkarzy o tym imieniu jest kilku. Tsubasa Yokotake gra w J1 League, czyli japońskiej ekstraklasie, a Tsubasa Oya poziom niżej. Tsubasa Ozora został rzecz jasna gwiazdą Barcelony, w serialu znanej jako FC Catalunya. 
DSC014741

Tsubasa Nishi, pomocnik Stomilu, grał już w Polsce w Lechii i Widzewie. Strzelił pierwszego gola, powinien też drugiego. Stomil dostał owację w przerwie i na koniec meczu, po wygranej 3:0. Piłkarze świętowali zerowy dorobek w lidze, bo klub sezon zaczął sezon z trzema ujemnymi punktami za niespełnienie wymogów licencyjnych.
DSC01440
DSC01500

 

Atmosfera bez zarzutu. Krzyki, brawa, żadnych bluzgów. Do tego konkursy w przerwie, a na każdym krzesełku ulotka Socios Stomil. Stowarzyszenie kibiców szyje właśnie nową klubową maskotkę.

DSC01511

Rafał Kujawa, który strzelił gola po kilkudziesięciometrowym rajdzie, świętował zdejmując koszulkę. Sędzia nie miał wyboru.
DSC01425

DSC01515

DSC01441A sam Olsztyn? W drodze na mecz można zobaczyć halę Urania. 

DSC01520

Ławeczka niemieckojęzycznego kanonika, lekarza i prawnika. Autor słynnego przewrotu.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

 

Oh my Bydgoszcz

remjaskot

DSC01383O moich sportowych podróżach czytaj w tej kategorii.

Przez tydzień Bydgoszcz była stolicą światowej lekkoatletyki. Na mistrzostwa świata do lat 20 nad Brdę przyjechali sportowcy z blisko 160 krajów. Anguilla, Samoa, Wyspy Cooka, Mariany Północne? Wszyscy obecni. Jeszcze nigdy Bydgoszcz nie miała takiej promocji na Twitterze i Facebooku.

W czasie mistrzostw miałem okazję porozmawiać m.in. z Ato Boldonem oraz Sebastianem Coe. Brytyjczyk, legenda lat 80., dziś prezydent IAAF opowiadał m.in. o popularności lekkoatletyki.  - Kiedy golfista amator chce trafić do dołka, wyobraża sobie, że jest Tigerem Woodsem. Kiedy idzie pobiegać, nie myśli o tym, że robi to, co Haile Gebrelassie albo Mo Farah. Musimy wykreować ten związek - mówił. A co usłyszałem od młodych sportowców i dziennikarzy?

Australijczykom, którzy spędzili w Bydgoszczy miesiąc, a przed przyjazdem do Bydgoszczy, aklimatyzowali się w Spale, podobało się wszędzie tam, gdzie woda. - Za nami sporo godzin jazdy po Polsce w autobusach. Ale dzięki temu dużo widzieliśmy. Bydgoszcz to niewielkie, miłe miasto. Wszystko co, jest nad wodą, wygląda świetnie - mówi Isaac Hockey, jeden z kapitanów reprezentacji Australii. 

- Stadion i warunki są bez zarzutu - chwalił kierownik reprezentacji Australii, Jennifer Chan. Nie wszystkim się tak trafiło. Na warunki narzekają Hiszpanie. Mieli spać w hotelu Campanile, ale ostatecznie nocują w akademikach Collegium Medicum. - Stary budynek, ciasno, nieprzyjemnie, mikroskopijne łazienki. Trzeci świat - narzekali na twitterze. Z akademika Hiszpanie trafili potem do trzygwiazdkowego hotelu.

Dziesięcioosobowa grupa kibiców z Holandii wspierała w Bydgoszczy oszczepniczkę Emmę Oosterwegel. W pomarańczowej koszulce z napisem "Team Whazzaa!" na trybunie usiadł jej chłopak, Justin Kraaijenbrink. - Przyjechaliśmy samochodami z Deventer. Są wśród nas przyjaciele i rodzina Emmy. Nie jest faworytką. Modlimy się o finał - mówił. Modlitwa nie pomogła. Emma do finału się nie dostała. Dwa dni przed startem do Bydgoszczy dotarli lekkoatleci z Republiki Południowej Afryki. - Pierwszy raz jestem na tak dużej imprezie. Transmisje do 60 krajów, to robi wrażenie - mówi George Kusche. - Myślałem, że Bydgoszcz i Europa w ogóle, to miejsce bardziej przemysłowe. A Bydgoszcz jest bardzo spokojna - dodaje.

Szwedzi rozpoczęli zwiedzanie Bydgoszczy od wizyty w KFC. - Trener by się pewnie nie ucieszył, ale co zrobić - śmieją się. - Polska jest tanim krajem, a ludzie, wbrew pozorom, sporo się uśmiechają - mówi Marcus Tornee. - Stadion jest rewelacyjny. Ładna, świeża nawierzchnia, dobrze się biega. Tylko trochę mało ludzi na trybunach. Ale pogoda lepsza, niż w Szwecji - cieszył się sprinter na 200 metrów. Sportowcy opanowali bydgoskie centra handlowe. Zawodnicy z Bahamów spróbowali szczęścia w punkcie Lotto.

Sześć kanadyjskich biegaczek na brzuchach wymalowało kolejne litery nazwy swojego kraju. - Chyba pomogło, bo nasz zawodnik przed chwilą dobrze pobiegł. No i mocno się wydzieramy - mówiła Nicole Hutchinson, z literą A na brzuchu. Kanadyjczycy miastem byli zachwyceni. - U nas nie mamy czegoś takiego jak Stary Rynek, czy starówka, więc Bydgoszcz wygląda dla nas bardzo ciekawie - opowiada. Kanadyjczycy byli m.in. w Toruniu. - Torun. To run or not to run - żartowali.

Impreza OK. Ale gdzie ludzie?

Do Bydgoszczy przyjechało ponad 140 dziennikarzy. Także z takich krajów, jak Kenia, Uganda i Bahrajn. - Wszystko OK, ale gdzie są ludzie? - pytał mnie Raymond Graham, reporter z Jamajki. Kibice z Bydgoszczy na stadion niestety tłumnie się nie wybrali. Szczególnie w pierwszych dniach mistrzostw na trybunach więcej było uczestników, trenerów i fanów z zagranicy niż bydgoszczan. Atmosfera była świetna, bo ja zapewniały okrzyki Amerykanów, fryzury Jamajek i wspólne śmiechy Japończyków ze Szwedami. Ale frekwencja bolała.

Można tłumaczyć, że Bydgoszcz dostała mistrzostwa z półrocznym wyprzedzeniem, po wycofaniu się Kazania, ale frekwencja była jedynym dużym minusem imprezy. - Pamiętajmy jednak, że to rywalizowały dzieciaki, choć możemy podejrzewać, że choćby Candace Hill zdobędzie w przyszłości medal igrzysk. Trudno to porównywać do Diamentowej Ligi w Londynie z tego tygodnia, bo tam stadion olimpijski zapełnił Usain Bolt - mówił John Anderson, który relacjonował mistrzostwa dla oficjalnego radia IAAF. Organizacja imprezy kosztowała bydgoski ratusz milion złotych.

Trzeci raz do Bydgoszczy przyjechał doświadczony amerykański reporter Ed Gordon. - W Bydgoszczy restauracje zamykają się dość wcześnie, w dodatku nie ma ich w okolicy Zawiszy. Zamknięto tę na stadionie, to dziwne. A tramwaje z centrum nie jeżdżą przed północą, gdybym chciał wrócić z centrum - mówi. Do Bydgoszczy wróci za rok, na mistrzostwa Europy U-23.

Jeszcze nigdy o Bydgoszczy nie pisano tak wiele w social mediach. Z tagiem #Bydgoszcz2016 lądowały na Twitterze zdjęcia sportowców z całego świata i ich kibiców. - Reprezentujecie kraj i swoich bliskich. Odłóżcie telefon i cieszcie się tą niesamowitą imprezą – mówił przed mistrzostwami do swoich młodszych australijskich kolegów olimpijczyk Benn Harradine. Nie wszyscy posłuchali starszego sportowca, który występował w epoce, przed Facebookiem i Twitterem. 

Lekkoatleci z australijskiego Brisbane dowiedzieli się, gdzie leży Bydgoszcz, organizując wspólne kibicowanie na drugiej półkuli swojemu koledze, Josephowi Dengowi. Uczennice katolickiej szkoły dla dziewcząt St. Clare's College w Sydney zebrały się do wspólnego zdjęcia, żeby zaprezentować, jak ściskają kciuki za startującą w Bydgoszczy Amy Harding-Delooze. Trener dwóch Francuzek, medalistek w skoku w dal, pochwalił się, że zabiera z sobą na pamiątkę dwie garści piasku, ze szczęśliwej dla niego i zawodniczek skoczni na stadionie Zawiszy. Film, na którym Konrad Bukowiecki, bije juniorski rekord świata w pchnięciu kulą obejrzało w ciągu dwóch dni ćwierć miliona ludzi. Dwa razy więcej zobaczyło sprint Ewy Swobody i jej walkę z Amerykanką Candace Hill. Pełna energii Swoboda była zdecydowanie największą gwiazdą polskiej ekipy i magnesem dla kibiców. 

O przygodach w Bydgoszczy tweetował Jon Mulkeen, Amerykanin z IAAF. Miał gotową listę słów, które uznał za niezbędne do poruszania się po mieście. „Ciasto”, „pączki”, „lody”, „piwo”, „więcej proszę”, „nawet więcej”, „jeszcze jeden, dzięki”. – W mojej głowie Bydgoszcz kojarzy się wyłącznie z lekkoatletyką. Nie słyszałem o waszym mieście w innym kontekście. Teraz poznałem je osobiście – opowiada. 

Do Polski prawie najkrótszą drogą

remjaskot

DSC01239

Widok na jezioro, wzgórza a przede wszystkim boisko, a wszystko w ciepłym, lombardzkim klimacie? Witam w Como.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Wracając z meczu EURO we Francji (o Marsylii i Monaco pisałem tutaj) zahaczyłem o Como, Bazyleę i Frankfurt. Klucz jak zwykle ten sam - ciekawe piłkarsko miejsca i stadiony, gdzie działa się historia Pucharu Europy.

DSC01218
Como. Stadion wybudowany pod koniec lat 20. zgodnie z kanonami włoskiego modernizmu, w hołdzie Benito Mussoliniemu.

DSC01248

DSC01219

Giuseppe Sinigaglia, patron stadionu, był wioślarzem. Jako ochotnik zgłosił się na front I wojny światowej. Zginął w szóstej bitwie nad Isonzo.

DSC01254

Tuż obok stadionu znajduje się pomnik z lat 30. poświęcony ofiarom I wojny światowej. Za pomnikiem jest już zejście do jeziora Como.
DSC01234

DSC01256

Stadion oddziela od jeziora tylko droga. Parę metrów dalej jest już marina. W Como uczył się grać w piłkę Gianluca Zambrotta. 


DSC01230

Co prawda bieżni już nie ma, ale odległość trybun od boiska jest ogromna. Remontu chyba szybko nie będzie. W poprzednim sezonie Como spadło z Serie B. 

Bazylea

DSC01310

Tramwaj w barwach blaugrana. Skojarzenie z FC Barceloną nieprzypadkowe. W XIX wieku kapitanem Basel był Hans Kamper. Kiedy zamieszkał w Barcelonie, gdzie początkowo przyjechał na chwilę, żeby odwiedzić wujka, wraz z grupą obcokrajowców założył Futbol Club. Jedna z najpopularniejszych teorii tłumaczących wybór klubowych barw, to życiorys człowieka, który z czasem zaczął się przedstawiać jako Joan Gamper.

DSC01297

Joggeli (Jakob w lokalnym dialekcie) wybudowano na nowo w 1998 roku. W tym miejscu grano na mundialu w 1954 roku (w tym Węgry-Niemcy 8:3) i aż cztery finały Pucharu Zdobywców Pucharów (1969, 1975, 1979 i 1984).

DSC01280

DSC01296

DSC01300

Klubowe muzeum to mała wystawa w klubowym sklepie.
DSC01273

Frankfurt

DSC01342

Waldstadion, czyli Stadion Leśny, wybudowano w 1925 roku. Obecna budowla w tym miejscu powstała na mundial w 2006 roku.

DSC01365

Widok ze stadionu.

DSC01369


DSC01371

Na wielkim ekranie Niemcy oglądali w czasie EURO mecze swojej reprezentacji.

DSC01340

Rzeźba przed wejściem na stadion. Ma upamiętniać zwykłych, bezimiennych kibiców, którzy w latach 30. chodzili na mecze Eintrachtu. W ich życie zaczęła ingerować nazistowska dyktatura. Niektórzy stracili pracę, inni zostali aresztowani, wielu trafiło potem na front. 

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Wilimowski

remjaskot

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Tytuł: Wilimowski
Autor: Milijenko Jergović, tłum. Magdalena Petryńska
Wydawnictwo: 
Książkowe klimaty, 2016

Brazylia: Batatais, Machado, Hércules, Lopes, Leônidas, Martim, Perácio, Romeu, Zezé Procópio, Domingos Da Guia, Afonsinho.
Polska: Madejski, Piec, Scherfke, Wilimowski, Wodarz, Szczepaniak, Dytko, Piontek, Góra, Nyc, Gałecki.

Ernest Wilimowski w tej krótkiej powieści pojawia się tylko pośrednio. Jest dla bohaterów postacią, o której wyczynach usłyszeli dzięki wielkiej antenie, wywołującej trwogę u mieszkańców osady w Dalmacji. Wilimowski daje nadzieję, pozwala uciec do innego, być może bardziej realnego świata.

Lato 1938 roku. Przez jugosłowiańską, górską wioskę przechodzi osobliwy orszak - niesione, chore na gruźlicę kości dziecko (w którym miejscowi chcą widzieć szatana), jego ojciec - krakowski profesor, nauczyciel oraz opiekunka. Szukają hotelu, o którym nie mają pewności, że istnieje. 5 czerwca słuchają radiowej relacji z meczu mistrzostw świata. Ernest Wilimowski strzela 4 bramki, ale Polska i tak przegrywa z Brazylią.

Milijenko Jergović, kibic Željezničara Sarajewo, wielokrotnie podpadł chorwackiemu establishmentowi, więc pierwsze wydanie jego najnowszej książki miało miejsce w Polsce. Niektórzy ktytycy nazywają go najważniejszym współczesnym pisarzem bałkańskim. W "Wilimowskim" połączył klimat "Czarodziejskiej góry", wiejskich legend i "The Grand Budapest Hotel" Wesa Andersona. To historia bez wyraźnej puenty, opowiedziana przez narratora, który nie wie wszystkiego. Piłka jest tu zarówno obrzędem, jak i wstępem do wojny. Katastrofę już widać na horyzoncie.

Historię Wilimowskiego, który urodził się dokładnie sto lat temu, kibice znają. Ernst Otto Prandella został adoptowany przez drugiego męża swojej matki. Górnoślązak, piłkarz niemieckiego 1. FC Kattowitz i polskiego Ruchu Hajduki Wielkie. Grał w reprezentacji Polski a w latach 1941-42 osiem razy w kadrze III Rzeszy. Po wojnie do Polski nie wrócił, bał się, wielokrotnie prasa opisywała go jako zdrajcę. Zmarł w 1997 roku w Karlsruhe. Od dawna słychać o mającej powstać biografii opisującej życie być może najlepszego polskiego piłkarza.

Autora opowiadającego o książce można poczytać tutaj i posłuchać tutaj. Fragment książki tutaj.

 Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Tytuł: Siła marzeń. Tajemnica sukcesu FC Barcelona
Autor: Albert Puig, tłum. Tomasz Wiśniowski
Wydawnictwo: Bukowy Las, 2012

Cieniutka książeczka napisana została głównie z myślą o rodzicach. Ci, którzy stają się fanatykami piłkarskiego talentu swoich dzieci, zazwyczaj im szkodzą.

W 2007 roku zespół Alevin B FC Barcelony celowo dał sobie strzelić bramkę. Chwilę wcześniej Blaugrana trafiła do siatki wskutek nieporozumienia. Jeden z zawodników nie domyślił się, że piłkę trzeba oddać, bo Espanyol wybił ją na aut w celu udzielenia pomocy medycznej kontuzjowanemu zawodnikowi. Za gest, który w piłce młodzieżowej powinien być normą, posypały się nagrody fair play. Padła też propozycja, by trener 11-latków napisał książkę.

W latach 2010-14 Albert Puig był jednym z koordynatorów w La Masii. Teraz łączy pracę w Cordobie i piłkarskiej federacji Gabonu. W 2009 roku, gdy pisał książkę, był jednym z trenerów w La Masii. Projekt firmował klub, więc autorowi nikt nie odmówił kilku zdań.

Tytułowych tajemnic sukcesu nie poznamy, większość książki jest wtórna. Ale niektórzy rodzice mogą do niej zajrzeć. Wygrywać czy wychowywać? Uczestniczyć czy rywalizować. O ile o samotności Andresa Iniesty w La Masii słyszał każdy, to kilka opinii zapada w pamięć. Swoje robią też nazwiska osób, które zdołał przepytać Puig. - Piłkarz musi ufać trenerowi, a ten nie może go oszukać. (...) Wraz z pierwszym kłamstwem, traci się zawodnika bezpowrotnie - mówi Pep Guardiola.

Luis Enrique opowiada, w czym pomógł mu futsal. Wspomina, jak w Sportingu Gijon podziękowano dwóm nastolatkom - jemu i Abelardo. Jedynym w całym regionie, którzy kilkanaście lat później mieli po 50 występów w reprezentacji. - Na czym ludziom w Sportingu wtedy zależało? Żeby wychowywać piłkarzy czy żeby wygrywać mecze? - pyta Lucho.

Nie wszyscy wychowankowie Barcelony mają podobne zdanie na każdy temat. - Bardziej cenię tego, który korzysta z talentu, niż takiego, który mocno się stara - mówi znany z niechęci do biegania Charly Rexach. Carlesowi Puyolowi z kolei nikt nigdy nie powiedział, że nie dał z siebie wszystkiego. Przeciwnie, kilku trenerów poprosiło go, żeby na treningach trochę przyhamował.

Thierry Henry porównuje sport w Europie i USA, gdzie częściej zajęcia sportowe są zintegrowane z lekcjami w szkole. - Za oceanem sport jest wszędzie. W Europie wielu wystarcza godzina w tygodniu - mówi Henry. Mazinho, ojciec Thiago i Rafy Alcantary, nie uważa, że dzieci powinny słyszeć, że w sporcie najważniejsze jest uczestnictwo. - Chodzi o rywalizację - mówi. Wymagania w Barcelonie są specyficzne. Kiedy drużyna młodzieżowa Xaviego zakończyła passę 24 zwycięstw z rzędu, rozgrywający płakał w poduszkę.

Śmieciowy futbol

remjaskot

 

keoghan

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Tytuł: Futbolowa rewolucja. Kibice wkraczają do gry
Autor: Jim Keoghan, tłum. Janusz Zołociński
Wydawnictwo: 
Ciepło/Zimno, 2016

Na każdą porywającą serce historię o Wimbledonie, który odrodził się dzięki kibicom, przypada przynajmniej jedna, gdzie kibice nie dali rady przejąć klubu i kolejna, w której objęli władze i nie dali rady go podźwignąć.

To książka dla tych, którzy chcą iść na mecz bez uczucia, że kupują bilet jak na blockbuster w multipleksie. Siedząc na trybunach nie chcą być klientem i są gotowi na zawsze pożegnać się z marzeniami o pucharach. Jeszcze w 1960 roku maksymalna stawka dla piłkarza wynosiła 20 funtów i była o 5 wyższa, niż średnia pensja robotnika. Limit zniesiono a zabawa na całego zaczęła się od powstania Premier League i kontraktu z telewizją BSkyB. W latach 1992-2002 płace piłkarzy wzrosły o 1508 proc. Płaca robotnika o 186. Równie mocno jak pensje, poszły w górę ceny biletów. Stojącego za bramką robotnika wymieniono tam na zajadającego kanapkę z krewetkami pracownika biurowego. W 1990 roku najtańsze bilety na Arsenal, czy Liverpool, kosztowały 4-5 funtów. W roku 2011 45-51. Premier League oderwała się od reszty ligowej piramidy. W latach 60. czwartoligowy mecz kosztował tylko o 1/4 mniej, niż w First Division. Teraz Premier League jest droższa o ponad 250 proc.

W 1992 na skraju bankructwa stanęło Northampton Town. Jeszcze w latach 50. kibice klubu, za pomoc w sfinansowaniu oświetlania, dostali naszywkę a jeden z nich prawo do corocznego wypicia drinka z władzami klubu. Tym razem, gdy fani Northampton wykupili klub, postanowili nim zarządzać.

Za oddolnymi i spontanicznymi akcjami stoją ludzie, którzy toną w papierach i użerają się z biurokracją. Jim Keoghan tłumaczy jak zbierano kapitał, przekonywano syndyka i radzono sobie z zarządem komisarycznym. W 2011 roku, w ustawie o decentralizacji uprawnień decyzyjnych zapisano, że lokalna społeczność może wykupić „aktywa o wartości społecznej”. Pierwszeństwo w wykupieniu sklepiku wiejskiego, pubu, czy stadionu, które zostały wpisany na listę, mają mieszkańcy.

Autor Jim Keoghan to fan Evertonu, któremu rodzice powiedzieli, że do kibiców Liverpoolu Święty Mikołaj nie przychodzi. Nie ucieka od historii, z których nie warto brać przykładu. Mamy więc osobny rozdział o ikonie ruchu AFC Wimbedon, FC United of Manchester, czy Exeter City, ale wiemy też, gdzie sprawy poszły nie tak, jak planowano. W tym gronie są takie kluby jak Notts County, najstarszy zawodowy klub na świecie, York City, Brentford FC, czy Stockport County, które po przejęciu przez kibiców utknęło w niższych ligach. Wartość wielkich klubów jest tak ogromna, że kibicom trudno myśleć o ich przejęciu. Ale próbują. W Arsenalu, którego pojedyncza akcja jest wyjątkowo droga, dzięki organizacji kibicowskiej, dzięki stowarzyszeniu kibiców, można kupić jej część.

Punk football ostatnio święci triumfy w Wielkiej Brytanii, ale ten model jest wymagany prawem w Niemczech. Keoghan opisuje, jak wymóg „50%+1” obchodzi RB Lipsk. Europejska moda dotarła także nad Wisłę. Pierwszym polskim klubem, który przedstawia się jako demokratyczny, jest AKS Zły. W tym sezonie wystawi dwie drużyny - męską i żeńską, w B-klasie i III lidze.

fm

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Tytuł: Football Manager stole my life. 20 years of beautiful obsession
Autor: Iain Macintosh, Kenny Millar, Neil White
Wydawnictwo: 
BackPage Press, 2012

„Miałem dziewczyny, których nie kochałem tak bardzo, jak Sothend United, z którymi wygrałem Puchar UEFA (CM97/98), przyjaciół, których znałem słabiej, niż rezerwy Nottingham Forest (CM01/02). Dlaczego nigdy siedziałem przed komputerem do 3 nad ranem, żeby pisać książkę, a robiłem to wielokrotnie, gdy wprowadzałem Welling do Conference South (FM07)?” - pisze Iain Macintosh, dziennikarz „The Guardiana”. Z pytaniami, czy uzależnienie od Football Managera niszczy jego życie, trafił na kozetkę psychoanalityka (to świetne i zabawne opowiadanie można przeczytać tutaj).

Młodych ludzi, którzy kładli się do łóżka myśląc o wyczynach geniuszy piłki z „finishing”, czy „dribbling” 20, można liczyć w milionach. Cherno Samba, w grze godny następca Pelego, opowiada, że z łatką gwiazdy CM-a, żyje od dekady. - Podaję kartę w sklepie, ktoś patrzy na moje nazwisko i zaczyna opowiadać, ile trofeów razem wygraliśmy - opowiada. Takich wypowiedzi zebrano w książce kilkadziesiąt. Gareth Jelleyman ciągle słyszy co się stało, skoro w grze był wielki, a kariery nie zrobił. Pedro Moutinho dostał kontrakt w Falkirk na podstawie statystyk z CM-a.

Opowiadania z cyklu footbal fiction porwą chyba tylko fanów, ale historie graczy są o wiele bardziej uniwersalne. O swoim życiu opowiadają ci, którzy dzięki grze znaleźli pracę oraz tacy, którzy szukając dobrego lewego obrońcy do Conference, zawalili studia. Simon Furnivall kopiąc ze złości w biurko cztery razy łamał sobie palce u stóp - najgorzej było, gdy Scunthorpe, walcząc o Premier League, przestrzeliło karnego w ostatniej minucie. Do wirtualnych bohaterów gracze piszą na Facebooku albo zatrzymują ich na ulicy. Inni lecą na drugi koniec Europy, do miejsca, gdzie odnieśli największe zwycięstwa w swoim życiu. Czytamy opowieści takich, którzy zakładali garnitury, gdy siadali przed komputerem, by zagrać w finale FA Cup.

Książka to kilkadziesiąt opowiadań, setki wypowiedzi. Głos zabierają autorzy gry, w tym pierwszej wersji z lat 80. (na 20 wydawców, 1 wyraził zainteresowanie). Kolejne odsłony Championship i Football Managera, zmieniły nie tylko życie niedoszłych gwiazd, ale też rzeczywistość niektórych klubów. W ramach rywalizacji na jednym z forów, należało osiągnąć jak najlepsze wyniki walijskim Bala Town. Klubowy twitter zaczął się zapychać od pytań o taktykę. Klub z czasem zaczął wchodzić w FM-owy świat, co spowodowało wzrost sprzedaży biletów i koszulek.

O godzinach spędzonych przed monitorem opowiada nawet Jonathan Wilson, taktyczny guru. W ramach eksperymentu, próbował odwracać taktyczną piramidę. Sunderland miał grać od 1-2-7, potem 2-3-5, W-M itd. - Dzięki tej grze każdy na świecie wie, kim jest AM R/L - opowiada.

- Przy biurku w redakcji Sunday Times, na pięć osób tylko jedna nie grała i to tylko dlatego, że bała się, że wpadnie w uzależnienie. Wcześniej myślałem, że jestem sam. Moje najlepsze chwile, League Cup z Stirling Albion i pomnik przed Forthbank, przeżywałem w samotności - pisze Neil White. Mam to samo. Grę rzuciłem dekadę temu, bo była zbyt czasochłonna. Ale Ligę Mistrzów wygraną z Milwall, z Juniorem Khanye, Fredym Guarinem i Lebohangiem Mokoeną, zdarza mi się wspominać do dziś.

EURO i piłka w mieście milonerów

remjaskot

DSC01055

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

To była inwazja. Mecz Polska-Ukraina oglądało w Marsylii ponad 40 tys. Polaków. Atmosfera i organizacja w porządku, choć bez wątpienia w Polsce o wiele bardziej było czuć klimat wielkiej imprezy. Ale Francuzom wielkie imprezy spowszedniały. Każde pokolenie miało swoje EURO, mundial, czy igrzyska.
DSC01052

Mimo, że słynny, półprocentowy Carlsberg serwowany na stadionie za 6,5 euro, zachęcał do konsumpcji na zapas, było dość spokojnie. Co prawda grupka Polaków pobiła się między sobą, a część polskich aut wróciła z powybijanymi szybami.

DSC01104

Stadion z torem kolarskim wybudowano na piłkarski mundial w 1938 roku. Stade Velodrome wielokrotnie przebudowywano, tor usunięto dopiero w 1985, gdy Olympique rządził Bernard Tapie. W związku ze słabą architekturą, w tym beznadziejną akustyką i brakiem dachu, co przy silnych wiatrach było problemem, w 2014 roku stadion został kompletnie przebudowany. Kiedy Francja organizowała wielki turniej, to rozgrywany był w na tym stadionie - mundiale w 1938 i 1998, EURO 1960, 1984 i 2016.

DSC01127

Mecz marny, ale wszystkie grupy społeczne ("Grubasy Łódź", "Bezrobotni Olsztyn"), miasteczka i wioski były reprezentowane na flagach. 

Nicea

DSC01154

Jedziemy dalej. Nicea. Po Allianz Arenie (Monachium) i Allianz Stadionie (Wiedeń) przyszedł czas na Allianz Rivierę. Nie wykluczam wizyty na Allianz Park (Londyn), gorzej będzie z Allianz Parque (Sao Paulo).

Nowy obiekt w Nicei stanął w 2013 roku w miejscu Stade Municipal du Ray. Grają tu piłkarze OGC Nice i rugbyści z Toulonu.

Monaco

DSC01187

Statystycznie nie ma właściwie żadnych szans na to, że któreś z dzieciaków biegających po stadionie miejskim Stade Plage Marquet, tuż obok stadionu AS Monaco, zostało zawodowym piłkarzem. Ale co trzecie będzie milionerem. Bogatych ludzi więcej niż w Monaco jest tylko w kilku szwajcarskich miastach.

Piłkarze z tego kraju, niezrzeszeni w FIFA, grali ostatnio z Watykanem i reprezentacją Wyspy Man. Oczywiście głośniej jest o klubie należącym dziś do Dmitrija Rybołowlewa i Domu Grimaldich. Co ciekawe, w 1933 roku francuska federacja sama zaprosiła klub do swoich rozgrywek, co wiązało się z wprowadzeniem w Monaco piłkarskiego zawodowstwa.

Oglądając trening dzieciaków wystarczy się obrócić, by zobaczyć charakterystyczne łuki stadionu Ludwika II.

DSC01190

Jeśli po wyjeździe z jednego z podziemnych rond, turysta wciąż próbuje odnaleźć się wśród jednokierunkowych ulic i wjazdów do tuneli, stadionu może nie zauważyć. W Monaco, gdzie każdy metr kwadratowy gruntu jest na wagę złota, stadion wygląda jak biura.

Monaco chce się rozwijać, choć nie ma miejsca. W najbliższych latach kolejne sześć hektarów ma zostać wydarte morzu. Koszt całej operacji - miliard euro. W dystrykcie Larvotto powstaną budynki, parki sklepy, biura i kolejna marina.

DSC01206

Widok na jedną z trybun. Widziałem już na stadionie uniwersytet (Wembley) i liceum (Malmö) a nawet centrum handlowe pod murawą (Belgrad). Salon samochodowy ze stacją benzynową to jednak nowość. W podziemiach jest też parking, przy jednej z trybun hala sportowa.

DSC01199

Monaco nie jest w Unii Europejskiej, jest za to w strefie EURO i de facto w strefie Schengen. Spośród blisko 37 tys. mieszkańców jedynie jedną czwartą stanowią Monegaskowie (obywatele księstwa); pozostali to imigranci, głównie z Francji i Włoch. To jeden z dwóch ostatnich w Europie krajów, obok Liechtensteinu, gdzie monarcha ma poważne uprawnienia. 

DSC01163

Tutaj będzie trenował Kamil Glik. Monaco ma jeden z najpiękniejszych w Europie kompleksów treningowych. Niestety, odbiłem się od bramy ośrodka w La Turbie, po francuskiej stronie granicy. Żałuję, bo widoki są niesamowite.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

W kolejnym wpisie o Como, Bazylei i Frankfurcie.

Książka, którą powinien przeczytać Nawałka

remjaskot

soccernomics

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Tytuł: Soccernomics
Autor: Simon Kuper, Stefan Szymanski
Wydawnictwo: 
Nation Books

Gdyby tę książkę przeczytał Adam Nawałka, Polska miałaby większe szanse na wygranie konkursu rzutów karnych z Portugalią. Szanse zwiększyłyby się tylko teoretycznie, ale jak wszystko w „Soccernomics”, to twierdzenie ma poparcie w liczbach.

Ignacio Palacios-Huerta w 2008 roku przesłał Avramowi Grantowi swoje przemyślenia na temat rzutów karnych. Chelsea przygotowywała się do finału Ligi Mistrzów z Manchesterem United. Bask zauważył, że Van der Sar częściej, niż inni bramkarze, rzuca się w naturalną stronę strzelca (w finale 4 razy na 6 pierwszych prób). Jeśli karnego wykonuje prawonożny - rzuca się w swoją prawą stronę. Jeśli Ronaldo zatrzyma się przed karnym, na 85 proc. strzeli w prawy róg bramkarza. I najprostszy do realizacji punkt z rozpiski Baska - zwycięzca losowania nie ma nad czym myśleć - powinien wybrać możliwość strzelania karnych jako pierwszy. Losowanie wygrali United, a Rio Ferdinand, pytająco zerknął na ławkę rezerwowych. John Terry, który znał statystyki, zaoferował, że jego zespół może strzelić jako pierwszy. Ostatecznie United zaczęli konkurs jako pierwsi.

Opublikowane w 2003 roku badania Ignacia Palacios-Huerty pokazują, że na 129 konkursów rzutów karnych aż 60 proc. wygrał zespół strzelający jako pierwszy. Dowody na przewagę pierwszego strzelca są przytłaczające. W badaniach Kochera, Lenza i Suttera oraz statystykach firmy Prozone, wyniki były rozbieżne (od 53 do 75 proc.), ale za każdym razem większą szansę na wygraną mieli ci, którzy konkurs zaczynali. Robert Lewandowski na EURO 2016 dwukrotnie wygrał losowanie i dwa razy wybrał strzelanie po rywalach.

Zdaniem Bena Lyttletona, autora „Twelve yards”, książki o rzutach karnych, dodatkowa presja mogła przyczynić się do tego, że Jakub Błaszczykowski ruszył do wykonania karnego tuż po gwizdku (jak Thomas Müller z Włochami). To jeden z błędów, które świadczą o zbyt dużych nerwach. Są mniejsze, gdy karnego wykonuje się jako pierwszy w serii.

Prawd o karnych jest sporo. Tak naprawdę strzelec zależy tylko od siebie, bo jeśli uderzy dobrze - mocno, przy słupku, strzał jest nie do obrony. W związku z tym wskazane jest, żeby strzelający dużo wcześniej wiedział, gdzie strzeli. Jeśli w dniu meczu wstaje rano i wie, że uderzy w lewy róg, a na treningach trafiał w boczną siatkę 95 razy na sto, jest spokojniejszy. Róg powinien wybrać patrząc na swoje wcześniejsze karne i to tak, żeby kolejne strzały nie układały się w żaden wzór.

O rzutach karnych Simon Kuper (ma na koncie m.in. „Futbol w czasach Holokaustu”, „Football Men” i wiele rewelacyjnych artykułów, obecnie w „Financial Times”) oraz ekonomista Stefan Szymanski, napisali w „Soccernomics” ponad 20 stron, jak zawsze, żonglując cyframi i przykładami. Zgodnie z podtytułem, książka tłumaczy, dlaczego transfery są nietrafione, Hiszpania została mistrzem świata, a Anglia ciągle przegrywa. Autorzy wyjaśniają, dlaczego blondyni są droższymi piłkarzami (to nie żart), jakie jest powiązanie wydatków transferowych i wyników (spore), budżetu płac i wyników (ogromne), dlaczego gwiazdy turniejów są przepłacone a nowy manager powinien mieć zakaz robienia transferów.

Nawet historię Pucharu Europy można podzielić naukowo. Od 1956 do końca lat 60. wygrywały głównie kluby z krajów faszystowskich. 7 z 16 przegranych finalistów to kluby z faszystowskich stolic (Madryt, Lizbona, Ateny). Dalej mamy sukcesy małych miast, klubów z demoludów i tych, które w XIX wieku przeżyły boom gospodarczy. W sumie, przez 42 lata nie wygrała żadna drużyna ze stolicy demokratycznego państwa. Autorzy badali też, jak na możliwości reprezentacji wpływa bogacenie się społeczeństwa lub jego demokratyzacja. Ponad 400 stron świetnej lektury, na o wiele wyższym poziomie, niż wydane w Polsce "Futbol i statystyki".

lubanski

Tytuł: Życie jak dobry mecz
Autor: Włodzimierz Lubański, Michał Olszański
Wydawnictwo:
 Wydawnictwo Literackie, 2016

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Na "kulawiku", piasku wymieszanym z żużlem w Sośnicy, dziś dzielnicy Gliwic, regularnie grało ok. 10 chłopaków. Czterech trafiło potem  do I ligi - Joachim Marx, Krystian Hanke, Zygmunt Dudys i największa gwiazda przełomu lat 60. i 70. - Włodzimierz Lubański.

"Życie jak dobry mecz" to kolejne wspomnienia Lubańskiego. W 2008 roku wydał książkę z Przemysławem Słowińskim, wcześniej z Krzysztofem Wyrzykowskim. W wywiadzie rzece wydanym przez „Wydawnictwo Literackie”, pytania zadaje Michał Olszański, znany dziennikarz radiowej „Trójki” i prowadzący „Magazyn Ekspresu Reporterów” w TVP2. Ta książka przeszła niemalże bez echa i patrząc na jej zawartość, trudno się dziwić. Krótka, wygładzona, bez nowych faktów.  

Historię Włodzimierza Lubańskiego poznajemy chronologicznie. Od Gliwic lat 60., przez wielkiego Górnika, finał PZP, reprezentację Górskiego, kontuzję, belgijskie Lokeren po piłkarską emeryturę we Francji. Najwięcej dowiedziałem się o końcówce kariery Lubańskiego. W wieku 35 lat dostał od Erwina Wilczka ofertę gry w Valenciennes. Trzy razy w tygodniu dojeżdżał na treningi ponad sto kilometrów. Efekt - 28 goli i tytuł króla strzelców w drugiej lidze francuskiej. Klub wpadł w kłopoty finansowe a w drugiej połowie sezonu na kontrakt Lubańskiego złożyli się kibice. W 1983 roku Lubański na dwa lata trafił do Quimpe. Stade Quimperois utrzymało się na zapleczu francuskiej ekstraklasy.

W telewizyjnym studiu Włodzimierz Lubański unika kontrowersji i nie używa kolokwializmów, ale w książce jego wypowiedzi chyba jeszcze poprawiono. Opowiada o „piłkarstwie”, „karierze sportowej”, „cennych nabytkach”. 75-krotny reprezentant Polski, jak to ma w zwyczaju, o nikim nie mówi źle. Opowiada co prawda, że Ernest Pohl był alkoholikiem a do Jacka Gmocha do dziś ma żal za mundial w Argentynie, ale to wszyscy wiemy. Kontrowersji, częstych ostatnio we wspomnieniach sportowców, brak. O korupcji, grając w Polsce w latach 60. i 70., Lubański nigdy nie słyszał.

Dużo miejsca, co naturalne, poświęcono kontuzji Lubańskiego w meczu z Anglią. Przez 40 lat temat przerobiono już na wszystkie strony, ale ta historia wręcz zaprasza do pisania alternatywnych historii. Co wydarzyłoby się na mistrzostwach w Niemczech, gdyby najlepszy napastnik był zdrowy? Jak potoczyłaby się kariera Lubańskiego, skoro w Lokeren jego kolano było sprawne na 70 proc.?

Historia Lewandowskiego i kroniki śmieciarza

remjaskot

lewy

Tytuł: Nienasycony. Robert Lewandowski
Autor: Paweł Wilkowicz
Wydawnictwo: 
Agora, 2016

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

To książka o Bobku. Najmniejszym i najchudszym zawodniku w juniorach, na progu kariery odstrzelonym przez rezerwy Legii. Piłkarzu, który dziś jest gwiazdą Bayernu, a w Zniczu Pruszków, był słabszy od Bartosza Wiśniewskiego.

Napiszę od razu - jak na autoryzowaną biografię piłkarza przed trzydziestką, co brzmi jak wyrok, jest dobrze. W „Nienasyconym” nie chodzi o anegdoty z szatni, czy kronikę strzeleckich popisów. Paweł Wilkowicz skupia się na drodze Lewandowskiego. Sporo tu o rodzicach, którzy gonili go z jednych zajęć sportowych na drugie. Dla ojca, wuefisty, syn Bobek był żywą pomocą dydaktyczną - na nim pokazywał, jak wykonać dane ćwiczenie.

Wilkowicz rysuje szerokie tło lat 90. i początków XXI wieku, gdy Lewandowski zaliczał kolejne warszawskie i podwarszawskie zespoły. - Dziecięcy sport mało kogo obchodził. Nie było ani pieniędzy ani tradycji wolontariatu znanej z brytyjskiego, czy skandynawskiego sportu - pisze. Bobek, jak wołali na Lewandowskiego rodzice, kilka lat biegał po Saharze - piaszczystym boisku Varsovii. Tomek Zawiślak, kiedyś kolega z boiska, dziś przyjaciel, w przedsiębiorstwie Robert Lewandowski odpowiedzialny za social media, opowiada, że choć Lewandowski miał łatwość strzelania goli, to nie był największym Varsovii. Z rezerw Legii odstrzelono go, gdy miał kontuzję. Lekarze orzekli, że z zawodnika, który ciągnie nogę za sobą, nic nie będzie. Wybił się w Pruszkowie, gdzie dla wielu lepszy był jego kolega z ataku, Bartek Wiśniewski.

Dużo w tej książce Anny Lewandowskiej i Cezarego Kucharskiego. Sam Lewandowski opowiada o tym, jak chłopaka, który był tak chudy, że się tego wstydził, doszedł do poziomu gladiatora, „The Body” z szatni Borussi. Masażyści opowiadają, że dzień po meczu w jego mięśniach nie ma napięcia, zakwasów. Po 24 godzinach mógłby zagrać kolejny mecz. 

Piotr Stokłosa naliczył niedawno 28 książek z twarzą Roberta Lewandowskiego na okładce. Jeśli ktoś chce poznać drogę, jaką pokonał chudy Bobek z podwarszawskiego Leszna, niech sięgnie po "Nienasyconego". 

Paweł Wilkowicz o swojej książce opowiada m.in. tutaj i tutaj.

Tytuł: The Binman Chroniclesbinman
Autor:
Neville Southall, James Corbett
Wydawnictwo: 
deCoubertein Books, 2012

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Jedna z najlepszych drużyn świata, z najlepszym bramkarzem globu. Tak kibice Evertonu wspominają swój zespół z połowy 80. Neville Southall grał w drużynie do czterdziestki. Jedyne, co chciał w życiu robić, to grać w piłkę.

Najgorszy okres w roku to wakacje. - Dla mnie to był koszmar. Latem ćwiczyłem tak samo ostro, jak w czasie sezonu, ale brakowało mi meczów - pisze. Southall wychowywał się na obrzeżach niewielkiej walijskiej miejscowości Llandudno. Całymi dniami grał w piłkę, głównie na bramce. W opowieściach o sportowcach, często pojawia się trening od rana do wieczora, ale Southall grał nawet po zmroku. Rekordy bił jako 15-latek. W sobotę rano grał w zespole swojej szkoły. Po południu, razem z dorosłymi, w amatorskim zespole ze swojego miasteczka. Niedziela była dniem meczów drużyny z lokalnego pubu. Po południu jeszcze raz wychodził na boisko, też z dorosłymi. W przerwach odbijał piłkę o ścianę. - W poniedziałek szedłem do szkoły, ale to była farsa. Polegało to na tym, że zaliczano mi lekcje, gdy dołączałem się do jakiejkolwiek klasy, która miała w-f - pisze.

Potem, jako pomocnik murarza, zasuwał na boisko prosto z budowy. - Cały dzień noszenia cegieł to żadne usprawiedliwienie - pisze. Bramkarz sporo pisze o Walii, zarówno tej piłkarskiej, jak i o życiu robotników. Pośród różnych zajęć, które Southall wykonywał przed wejściem do zawodowej piłki, była praca śmieciarza. Stąd tytułowy „binman”. Ostatecznie, ze zbocza walijskiej wioski Southall okrężną drogą trafił do First Division, wtedy najlepszej ligi na świecie.

Kibice Evertonu powtarzają, że dyskwalifikacja angielskich klubów po tragedii na Heysel, najmocniej uderzyła w ich zespół. Everton wyprzedził wtedy święcący triumfy na kontynencie Liverpool. - Dlaczego uderzono w Everton, którego fani zachowali się wzorowo podczas finału Pucharu Zdobywców Pucharów w Rotterdamie? Kibice z różnych krajów sprawiali problemy, ale uczepiono się ligi, z której kluby wygrały 7 z 10 poprzednich Pucharów Europy - pisze. Przez dyskwalifikację odszedł Gary Lineker a Toffees stopniowo zaczęli się osuwać w tabeli. Southall grał w klubie z Merseyside do czterdziestki, wystąpił w 750 spotkaniach, został najbardziej utytułowanym piłkarzem w historii klubu. Kolejne kluby to była jedna pomyłka za drugą. Dziś pracuje z trudną młodzieżą i wkłada jej do głów, jak ważna jest szkoła. Ta, do której sam chodził tylko po to, by całymi dniami móc grać w piłkę.

Malinowski i książka, która już nigdy nie powstanie

remjaskot

bronekTytuł: Bronek Malinowski. Przeszkodowiec
Autor: Łukasz Panfil
Wydawnictwo: 
Miejski Ośrodek Rekreacji i Wypoczynku w Grudziądzu, 2016

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Wieczorem, w ostatnią niedzielę września 1981 roku, Ryszard Szczepański słyszał karetki jeżdżące po moście w Grudziądzu. Z okna widział niebieskie światła. O tym, że zginął jego wychowanek, Bronisław Malinowski, usłyszał od mieszkającego w tej samej klatce milicjanta. Kiedy dotarł na miejsce, 30-letni mistrz olimpijski w biegu na 3000 m z przeszkodami, już nie żył.

Po żużlowej bieżni stadionu Olimpii, dziś im. Malinowskiego, zaczął biegać w wieku 16 lat. Najbardziej pamiętany jest z biegu w Moskwie. W dniu finału, jak zwykle policzył liczbę uderzeń serca tuż po przebudzeniu. Tylko 34 na minutę, czyli organizm, mimo kontuzji w trakcie przygotowań, był wytrenowany niemal optymalnie. 

Tanzańczyk Filbert Bayi wyrwał do przodu i miał ogromną przewagę. Taktyka Malinowskiego była prosta - bez względu na sytuację biec tempem na 8:10,0. Rywal słabł w oczach. - Załamały się czarne nogi pod Bayiem - mówił Bohdan Tomaszewski, gdy Afrykanin po raz ostatni pokonywał rów z wodą. Malinowski wygrał z dużą przewagą, z czasem 8:09,7. Tanzańczyk nie rozpaczał, zdobył dla swojego kraju pierwszy w historii medal olimpijski.

Historię Malinowskiego spisał Łukasz Panfil, lekkoatleta. Rozmawiał z rodzeństwem i rodzicami, odwiedził rodzinny dom w Rulewie i szkołę w Buśni. Od bratowej mistrza dostał dzienniczek treningowy. Analizował, jak Malinowski zmieniał swój trening. W 1982 roku miał startować w maratonach. Panfil policzył też, czy jakikolwiek zawodników z krajów, które zbojkotowały igrzyska w ZSRR, mógł zagrozić Malinowskiemu. Żaden z nich nie pobiegł w czasie, który na Łużnikach wykręcił Polak. 

W dniu wypadku Mallinowski spieszył się, żeby zatankować swoje audi 80. Rankiem następnego dnia miał jechać do Warszawy, by wylecieć na zgrupowanie na Cyprze. O 19.20 przed fragmentem prowizorycznie wygrodzonej, czekającej na naprawę nawierzchni, stanął wyjeżdżający z Grudziądza PKS. Jadący za nim kierowca Kamaza nie miał czasu czekać. Wyminął autobus. Ciężarówka z hukiem wbiła się w audi. 

6 grudnia 1981 Malinowski miał wziąć ślub. Jego narzeczona, Mirka próbowała sobie ułożyć życie na nowo. - Ten? Ten jest w porządku – rzucił Władysław Komar oceniając kandydata na męża, Krzysztofa Świostka. W 1998 roku Świostek jechał samochodem wracając z Międzyzdrojów. Siedział z tyłu. Kierował Tadeusz Ślusarski, obok siedział Komar. W wyniku zderzenia ich forda zderzył się z renault, medaliści olimpijscy zginęli. Świostek wyszedł niemal bez szwanku.

Tytuł: The Glory Gameglorygamebook
Autor:
Hunter Davies
Wydawnictwo: 
Mainstream Publishing 2005 (1972)

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Taka książka już nigdy nie powstanie. Zmiany w piłce poszły za daleko. Hunter Davies rok swojego życia spędził jako członek Tottenhamu Hotspur. Czasem ćwiczył z zespołem, na każdy mecz jechał z drużyną, do pierwszego gwizdka siedział w szatni, a spotkania oglądał z ławki rezerwowych. Po spotkaniu opowiadali mu o swoich problemach. Nikt tej książki nie autoryzował.

„Glory Game” Daviesa, który napisał wcześniej jedyną autoryzowaną biografię The Beatles, do dziś przewija się w zestawieniach najlepszych angielskich książek o sporcie. Wydawano ją, co ważne, wraz z uaktualnianymi aneksami, w 1972, 1990, 1994, 1996, 1999, 2001 i 2005. Między pierwszym a drugim wydaniem książka była tak rozchwytywana, że autor nie był w stanie sprezentować egzemplarza proszącego o niego Bryan’owi Robsonowi, kapitanowi reprezentacji Anglii. Davies pojawił się w szatni Spurs latem 1971. Dyrektorzy klubu z niesmakiem myśleli wtedy o ofercie na pierwszą reklamę na White Hart Lane, a klubowi juniorzy więcej czasu, niż na trenowanie, poświęcali malowaniu trybun i czyszczeniu butów zawodników pierwszej drużyny. Takie były zasady i nikomu nie przeszło przez myśl się buntować. Zasadniczo na boisko wychodziła żelazna jedenastka. Jeśli zawodnik przegrał walkę o miejsce w składzie, wypadał z zespołu na dobre i grał w rezerwach. Nikt nie stosował rotacji.

W 1971 roku Davies miał 35 lat, ugruntowaną pozycję jako autor a piłkarze nie byli gwiazdami popkultury. Między dziennikarzem, a zawodnikami nie było dużej różnicy w statusie społecznym, czy zarobkach. Jeździł z nimi po Anglii i Europie i notował, choćby to, jak poszczególni piłkarze reagują na burę w szatni. Odwiedzał ich w domach i rozmawiał z żonami. Jego obraz angielskiego futbolu lat 70. jest fascynujący.

Postacią z innej epoki był manager Bill Nicholson. W jego wizji piłkarze mieli być prawdziwymi mężczyznami, którzy nie narzekają na ból i nie stroją się przed lustrem. - W twoim wieku biegałem na wojnie z karabinem - gasił piłkarzy. I prawie nigdy ich nie chwalił. Davies poświęca osobne rozdziały kolejnym częściom sezonu, piłkarzom i fanom, czy prezesom. W tym o urodzonym w 1919 roku Nicholsonie, najbardziej zaskakują fragmenty o żonie. Była ona kibicem Spurs, ale na mecze nie chodziła, bo mąż jej nie pozwalał. Razem nie wychodzili nigdzie, bo mąż pracował od rana do wieczora, w domu prawie tylko spał. Linda Nicholson nie wiedziała też ile mąż zarabia i nigdy nie odważyłaby się spytać, podobnie jak o to, czy mają oszczędności. Nicholson tak naprawdę wziął ślub z Tottenhamem. Jako piłkarz, trener i doradca, spędził w nim 50 lat.

Na końcu książki Davies zebrał wyniki prostych ankiet - skąd pochodzą piłkarze, co robili ich rodzice, ile mają rodzeństwa i dzieci, co ich zdaniem liczy się w piłce i czy zamierzają być trenerami. Po kilkunastu latach przepytał ich ponownie. Wnioski są intrygujące. Te same pytania Davies zadawał piłkarzom z raczkującej Premier League. Pomimo pomocy klubu, część milionerów na pytania nie odpowiedziała. W XXI wieku już nie próbował. Rozumiem go.

Ta książka została napisana dla pieniędzy

remjaskot

Tytuł: Stan Futbolu
Autor: Krzysztof Stanowski
Wydawnictwo: 
Czerwone i Czarne 2016

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Krzysztof Stanowski twierdzi, że są dwa powody, dla powstają książki - próżność i pieniądze. „Stan futbolu” napisał dla kasy.

Stawka była tak wysoka, że ewentualną odmowę na propozycję wydawnictwa, Stanowski nazwał „nieodpowiedzialną”. Kasa wzięta, trzeba się wywiązać. Cel - nie odwalać chałtury i nie zszargać nazwiska. Zadanie wykonane z nawiązką.

Teoretycznie trochę narzekać mogą wnikliwi czytelnicy Weszło. Ci, którzy tak jak, ja, przeczytali większość tekstów Stanowskiego na tym portalu, wiele z książkowych anegdot znają. Swoje brawurowe początki, jako 14-letniego stażysty w „Przeglądzie Sportowym”, wspominał wiele razy. Jak zwykle cięgi zbierają koledzy z redakcji - Roman Kołtoń, Dariusz Tuzimek i Jacek Kmiecik. Na stronach książki pojawiają się Grzegorz Szamotulski, Andrzej Niedzielan. Przez cały rozdział Stanowski rozwalcowuje Cezarego Kucharskiego i Kazimierza Grenia. Jeszcze mocniej dostaje się, rzecz jasna całkowicie zasłużenie, Franciszkowi Smudzie (śmieszniejsze są tylko anegdoty o Radosławie Osuchu). Z grubsza biorąc, duża część opowieści już była. Rzecz w tym, że jeśli ktoś dokładnie czyta Weszło, to chętnie przyjmie jeszcze większą porcję. Warsztat, prowadzenie argumentacji, styl narracji, wszystko z najwyższej krajowej półki.

Najlepiej napisany rozdział to ten poświęcony Ryszardowi F.. Opowieść o fryzjerze spod Wronek, który trząsł polską ligą, to przedruk z „Dziennika”, ale jakże smaczny.

Na lewej ręce złoty zegarek, na prawej gruba bransoleta. Na karku świecący łańcuch, na samym przedzie błyszczący złoty ząb. Koszula w kratę, modna na początku lat dziewięćdziesiątych. Rozchełstana. (...) Gdyby przedstawić przypadkowej osobie zdjęcie i zapytać, czy ta osoba mieszka w Warszawie, Poznaniu, Nowym Jorku, Londynie, Łodzi, a może Obrzycku, każdy bez wahania powiedziałby „W Obrzycku”.

Do mediów przebiła się historia o tym, jak Adam Nawałka przekazał Andrzejowi Iwanowi pieniądze za sprzedany mecz. Stanowski nie wystawia jednak selekcjonera na odstrzał. Usprawiedliwia go i porównuje do Łukasza Piszczka. Zastanawia się nad rolą przypadku. Gdyby Iwan w „Spalonym” nie kazał usunąć tego fragmentu, selekcjonerem ogłaszającym nazwiska piłkarzy jadących na EURO mógłby być ktoś inny.

Samego Stanowskiego mówiącego o książce można obejrzeć tutaj i poczytać tutaj.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Tytuł: Keeper Of Dreams: One Man's Controversial Story of Life in the English Premiershipreng
Autor: Ronald Reng
Wydawnictwo:
Yellow Jersey Press, 2002

Liczba oficjalnych meczów w karierze Larsa Leesego jest mniejsza niż książek, których bohaterami są Neymar czy Cristiano Ronaldo. Niemiecki bramkarz zagrał w profesjonalnej piłce 21 spotkań. Ronald Reng napisał o nim książkę lepszą, niż wszystkie sprzedażowe hity o gwiazdach futbolu.

Zaczynamy od słowniczka. W nim m.in. „Kreisliga”, najniższy poziom niemieckiego futbolu. Dla angielskiego czytelnika porównany do Midland Combination, na 10-12 szczeblu piłkarskiej piramidy. Kiedy Lars Leese miał 25 lat, jego występująca w Kreislidze drużyna awansowała jeden poziom wyżej. W kolejnym klubie, w Regionallidze, klub przestał mu płacić. Kiedy zgłosił się po niego Bayer Leverkusen, bramkarz tonął w długach. Praca jako sprzedawca nie pokrywała wydatków na benzynę. - Chcą mnie do pierwszego zespołu, czy do amatorów? Będę musiał zrezygnować z pracy w biurze? - zastanawiał się idąc na spotkanie. W Leverkusen, jako trzeci bramkarz, rok przesiedział na trybunach. W 1997 roku Barnsley po raz pierwszy w 110-letniej historii awansowało do ekstraklasy. Zaczęło ściągać zagranicznych zawodników. Na dłuższą metę żaden się nie sprawdził, ale przez pół roku kibice byli w ekstazie. Jednym z ich bohaterów był "gigant z Niemiec".

Leese opowiada o wejściu do świata zawodowej piłki. Wejściu niezwykle późnym, bo w profesjonalnym futbolu zadebiutował w wieku 28 lat. Zmiana była wymuszona w trakcie meczu, Leese czuł na sobie wzrok 18 tysięcy kibiców Barnsley. Stres nie pozwolił mu zawiązać sznurowadeł. Kiedy po dwóch latach wyjeżdżał z Anglii, zaczął martwić się na dobre. Nie miał kontaktów, agenci nie mogli mu znaleźć klubu. Długo łudził się, że dalej będzie grał w piłkę, w końcu zarejestrował się jako bezrobotny. Po kolejnych testach, z których nic nie wychodziło, wrócił do pracy za biurkiem. Kiedy w telewizji widzi transmisję z Anfield Road, nie dociera do niego, że to ten sam stadion, na którym kilka lat temu zatrzymał Liverpool. Wydaje mu się, że musiało to być w innym życiu.

Reng napisał świetną opowieść o piłkarzu, który w świecie zawodowej piłki był zaledwie trzy lata. Więcej tu smutków, niż radości, choć Leese miał też swoje chwile chwały. W Wielkiej Brytanii książka została wydana w 2003 roku. Od tamtej pory Lese jako pierwszy trener poprowadził kilka amatorskich zespołów. Większe sukcesy święcił Ronald Reng, który napisał podobną książkę. Też o niemieckim bramkarzu, który przeżywał załamania i czuł się inny od pozostałych piłkarzy. Jego opowieść o Robercie Enke należy do najlepszych książek o piłce. W 2011 roku książka (tutaj recenzja) zdobyła tytuł William Hill Sports Book of the Year a Reng został pierwszym nieangielskojęzycznym autorem w historii tej nagrody.

Legia mistrzów, to już 20 lat

remjaskot

legiamistrzowTytuł: Legia Mistrzów
Autor: Piotr Jagielski
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka, 2016

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

30-latek napisał o meczach sprzed 20 lat. To nie jest jego pierwsza książka, zarabia na życie pisaniem. O muzyce.

Na mapie krajów, które w ostatnich 15 latach miały klub w Lidze Mistrzów, największa czarna dziura zieje między Odrą a Bugiem. Czasy, w których do elity na chwilę wpadła Legia, wydają się być bardzo odległe. Premie wynoszone z klubu w reklamówkach, piłkarze wypożyczani z Pogoni Konstancin, o czym sami nie wiedzieli i wódka jako oczywisty element jadłospisu zawodnika. Ostatni mecz w LM na swoim stadionie, Legia zagrała nie na murawie, ale w śmierdzącym mocznikiem błocie. Po rozmrażaniu boiska przed spotkaniem z Panathinaikosem, śmierdziało przez pół roku.

Pełen mielizn jest początek książki. Autor tłumaczy piłkarskie oczywistości, najwyraźniej liczy, że za lekturę wezmą się ci, którzy nie wiedzą, co to afera na Okęciu i jak Kazimierz Deyna trafił do Legii. Czytamy, co Stefan Szczepłek mówi o legionistach z lat 70., a Mirosław Żukowski rozprawia się z mitem Janusza Wójcika. Kiedy autor przeplata swoje wspomnienia wypowiedziami piłkarzy, robi cię interesująco. Nie ma zaskoczenia, że najciekawiej opowiadają ci, którzy byli poza grupą - Maciej Szczęsny i Jacek Bednarz. Obrońca opowiada, że bywały mecze, w których nie dostał żadnego podania. Drużyna nie akceptowała tego, że ma inny pomysł na spędzenie wieczoru, niż picie w „Garażu”. Moment, w którym piłkę podał mu Leszek Pisz, opisuje jako moment, w którym poczuł się zaakceptowany.

Niektóre z tych opowieści znamy. Jest m.in. „Beret”, który przybijał buty do podłogi szatni i straszył piłkarzy Manchesteru United uderzając głową w ściany blaszanego tunelu, czy Wieszczycki żałujący, że na początku kariery trafił na ludzi, dla których piłka nie była najważniejsza.

Autor, Piotr Jagielski, jest dziennikarzem muzycznym Polskiej Agencji Prasowej, publikował m.in. w „Newsweeku” i kwartalniku „Kontynenty”. Za swoją pierwszą książkę dostał Warszawską Nagrodę Literacką. Wydawca tak opisuje "Bird żyje": "Opowieść o człowieku uwięzionym, Uwięzionym w tekstach kulturowych. Żyjącym w świecie, w którym żadnej emocji nie da się wyrazić wprost, bo wszystkie emocje dawno zostały zamienione w gotowe opowieści". O sporcie ani słowa.

Ojciec autora pojawia się w tej książce kilkadziesiąt razy. Nie pada, że chodzi o Wojciecha Jagielskiego, wybitnego reportera. Jest przywoływany nie jako dziennikarz, ale ten, który tłumaczył 10-latkowi na czym polega nie tylko piłka, ale też los polskiego kibica. Wiele jest w „Legii mistrzów” refleksji niczym z książek Nicka Hornby’ego, czy Michała Okońskiego. Koniec pucharowej przygody Jagielski opisuje jako swoją pierwszą traumę:

"Piłka nożna wydobywa to, co najciemniejsze, czarny nurt. Każe, rozkazuje, nie daje w zamian nic stałego, jedynie przygodną chwilę radości i spełnienia, tak krótką wobec niekończących się cierpień i zawodów. Ale nawet ta chwila jest tylko zapowiedzią przyszłych smutków.”

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Tytuł: Big po życielopez1
Autor: Lopez Lomong, Mark Tabb
Wydawnictwo: SQN, 2015

To jedna z tych historii, która opowiedziana w hollywoodzkim filmie zostałaby uznana za nieralną, zbyt cukierkową.

Skróćmy ją do minimum. W wieku 6 lat Lopez Lomong został porwany z rodzinnej wioski w Sudanie. Uciekł z obozu, w którym dzieci umierały jedno po drugim a pozostałe miały zostać maszynami do zabijania. Biegł niemal bez przerwy przez trzy dni. Dekadę spędził w kenijskim obozie dla uchodźców. Warunki, w których starał się przetrwać, były nieludzkie. W końcu uśmiechnęło się do niego szczęście - został adoptowany przez amerykańską rodzinę. Kiedy w wieku 16 lat przyleciał do USA, nie wiedział jak działa toaleta, nie potrafił zgasić światła.

Koncept igrzysk olimpijskich, jako zawodów, w których wygrywa ten, kto jest pierwszy na mecie, poznał w 2000 roku. Kiedy po 7 latach w Stanach, zakwalifikował się na igrzyska w Londynie (nie należy do ścisłej czołówki, dotarł do półfinału na 1500 metrów), jednogłośnie uznano, że powinien zostać chorążym reprezentacji USA. Historia uchodźcy, który przeżył piekło i w Stanach zaczął nowe życie, zrobiła furorę. To George Bush poprosił Lomonga o zdjęcie, nie odwrotnie.

Książka jest napisana bardzo prosto, momentami bije z niej naiwność. Zasługuje na miano wyciskacza łez, może też stanąć na półce z książkami motywacyjnymi. Siła historii dziecka, które musiało walczyć o jedzenie bijąc się o resztki ze śmietnika, a teraz poświęca się pomocy innym, jest ogromna. Opowieść, która chwyta za serce, do przeczytania w jeden wieczór.

© Nummer 14
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci